Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

Stalowy Szczur czeka na Ciebie

Wśród rozmaitych czytadeł, zalegających na półkach i w głowach, przypomnę cykl o Stalowym Szczurze Harry’ego Harrisona.

s

http://www.sedenko.pl/2011/01/28/harry-harrison-1997/

„Drugą serią, którą wszedł do panteonu gwiazd polskiego sfana, była seria o Stalowym Szczurze, Jamesie Bolivarze di Grizie, galaktycznym złodzieju i włamywaczu, złapanym i przeciągniętym na stronę prawa. Od tej chwili di Griz łapie podobnych mu prze­stępców i zbawia galaktykę mniej więcej raz na rok, ale skłonności do przywłaszczania sobie pewnych sum pieniędzy, gadżetów czy działań niekoniecznie zgodnych z prawem, pozostały mu nadal. Stąd Bolivar jest agentem specjalnym wciąż przyprawiającym swoich szefów o ból zębów. A przygód przeżywa di Griz co niemiara. Podróżuje w czasie, rozwiązuje kon­flikty międzyplanetarne, robi karierę jako prezydent, jest muzykiem rockowym, szpieguje w najbardziej trudnych dla szpiega miejscach, itd. Wszystko to podane zostało w dość wybuchowej mieszance absurdu, satyry i – niekiedy – refleksji ciut poważ­niejszej. Z chwilą, gdy postać di Griza nieco się ogra­ła, HH wprowadził Angelikę, piękną choć niezwykle niebezpieczną kobietę. W jednym z tomów jest prze­ciwniczką di Griza, zostaje schwytana i przekabacona na rzecz pracodawców Bolivara. Instynkty mordercze (Angelika jest jednym z najlepszych płatnych zabój­ców galaktyki), mają być w wyniku zabiegu chirurgicznego stępione, ale jak przyszłość pokaże – nie do końca. Di Griz i Angelika, a następnie ich dzieci, dwóch chłopców bliźniaków, stają się najbardziej nie­bezpiecznym combem w dziejach poznanego wszechświata.”

Przygody „nieprzystosowanego społecznie” tudzież wyznającego alternatywny styl życia Jima DiGriza są bardzo przyjemne w odbiorze ponieważ nie aspirują do miana wysokiej literatury, co nie znaczy, że napisane są byle jak i na odwal się.

To kawał dobrego czytadła, napisanego prostym językiem, z wieloma aluzjami do historii, filozofii czy religii (którą zresztą autor cyklu niespecjalnie lubi, co daje się odczuć) a także do…klasyki fantastyki światowej. Na szczęście aluzje te nie wymagają specjalnych przygotowań encyklopedycznych więc Stalowy Szczur jest nie tylko dla erudytów fantastyki 😉 Widać, że autor miał dużą frajdę z pisania książek o Jimie.

http://www.superfikcja.pl/?p=157

Wartka akcja, humor i postacie głównych bohaterów, wszystko to sprawia, że wracam po raz n-ty do Stalowego Szczura i nigdy nie mam dosyć! Można także dowiedzieć się, że istnieje sztuczny język – esperanto i nawet jest w przyszłości używany.

Jak na cykl pisany w szerokim przedziale czasu, Stalowy Szczur nie zestarzał się specjalnie. Może dlatego, że autor poza paroma gadżetami i nazwami w sumie zrezygnował z atrybutów zaawansowanej technicznie przyszłości, co wyszło na dobre. Wiadomo, ciężko jest być futurologiem a gdybanie nikomu (poza drobnymi wyjątkami) nie wyszło na dobre – statki na płozach, nity i tym podobne miszmasze po latach setnie bawią ale często i nudzą. Nawet więcej, wyciągając przyszłościowe smaczki otrzymujemy dobrze nam znany świat amerykańskiej popkultury.

Oczywiście, są pewne minusy, które nie zasłaniają wielorakich plusów…I tak, wypady w stronę religii czasami są na dość niskim poziomie (jak na autora) i stanowią słabą stronę cyklu, podobnie jak nierówny poziom kolejnych części, w sumie związanych ze sobą ale nie aż tak ściśle (wychodzi, że powinniśmy czytać wg oryginalnych dat wydania).

Minusem są także pewne powtórzenia i jednak zbyt proste rozwiązania (szanuję brzytwę Ockhama ale po latach pomysły Jima są trochę mniej przekonujące). Moje ulubione pozycje z cyklu to z pewnością Narodziny Stalowego Szczura, Stalowy Szczur, Stalowy Szczur idzie do wojska, Stalowy Szczur śpiewa bluesa i Stalowy Szczur prezydentem. Niemniej, czytając w całości łyka się wszystko :)

Idealna lektura, nie tylko na wakacje. Aha, wikipedyczna ciekawostka występuje w Zemście Stalowego Szczura w scenie z celnikami.

Avatar mesjaszem animacji!!!

Water…Earth…Fire…Air. Long ago, the four nations lived together in harmony. Then everything changed when the Fire Nation attacked. Only the Avatar, master of all four elements, could stop them. But when the world needed him most, he vanished. A hundred years passed and my brother and I discovered the new Avatar, an airbender named Aang. And although his airbending skills are great, he still has a lot to learn before he’s ready to save anyone. But I believe Aang can save the world.

poster2
Tymi słowami rozpoczyna się najlepszy serial animowany, jaki kiedykolwiek powstał, i prywatnie jedno z moich ulubionych dzieł popkultury. Avatar: The Last Air Bender to serial animowany stworzony przez Michaela Dante DiMartino i Bryana Konietzko, emitowany na kanale Nickelodeon w latach 2005-2008. Powstały trzy sezony po 20, trzeci 21, odcinków.

Świat Avatara został skonstruowany w bardzo prosty sposób. Istnieją cztery nacje, każda przypisana do innego żywiołu. Plemię Wody, Królestwo Ziemi, Naród Ognia i Nomadowie Powietrza. W każdej nacji istnieją ludzie zdolni kontrolować przypisany im żywioł. W oryginale są to „benders” a to co robią to „bending”, więc np. kontrolowanie ognia to „fire bending”. Większość ludzi wykorzystuje to jako sztukę walki, ale oryginalnie była to forma interakcji z naturą której ludzie nauczyli się od pierwotnych benders, zwierząt posiadających te zdolności. Jeśli człowiek z danego narodu jest…benderem? Nie podejmę się tłumaczenia tego bo nic sensownego nie przychodzi mi do głowy, uznajmy że benderem. No, to jeśli człowiek z danego narodu jest benderem to panuje tylko nad żywiołem przypisanym do jego pochodzenia.

Wyjątkiem jest Avatar, potężny bender wszystkich czterech żywiołów, a przy okazji pomost między światem ludzi a światem duchów, który ma utrzymywać balans i harmonię na świecie. Istnieje taki jeden, a jak umrze to reinkarnuje w kolejnym narodzie według „cyklu Avatara”, który już znacie. Woda, ziemia, ogień, powietrze.

Jak dowiadujemy się z intra, Naród Ognia zaatakował resztę świata a Avatar, który w takiej sytuacji by się przydał, zniknął. Zniknął na sto długich lat. Serial rozpoczyna się gdy rodzeństwo z Plemienia Wody, water bender Katara i wojownik Sokka (oboje dzieciaki po 14 lat) znajdują kogoś zamarzniętego w górze lodowej. Ów ktoś okazuje się być Nomadem Powietrza, co jest ciekawe biorąc pod uwagę fakt że Nomadowie Powietrza zostali zmieceni z powierzchni ziemi przez Naród Ognia. Jeszcze ciekawsze jest że kolejny Avatar miał narodzić się właśnie jako Nomad Powietrza. Aang, bo tak zwie się ów koleżka, sto lat temu, gdy dowiedział się że jest Avatarem, z pewnych przyczyn których nie zdradzę bo spoiler, zabrał swojego latającego bizona Appę i uciekł na nim z Południowej Świątyni Powietrza ale natknął się na burzę i oboje spadli do oceanu. Pod wodą Aang użył swoich avatarowych mocy żeby się nie utopili, ale trochę ich zamroziło. Sto lat później, zaledwie dwunastoletni chłopiec, obudził się w rzeczywistości w której jest jedyną osobą która może uratować świat.

Mój opis nie brzmi aż tak dobrze jak to wygląda w rzeczywistości, heh.
Początek fabuły znacie, o dalszej części powiem tylko że jest ZA-JE-BIS-TA. Kolejne wątki cudownie się przeplatają i łączą tworząc spójną całość, relacje między postaciami niejednokrotnie mnie wzruszały (tak, były łezki) a historia świata przedstawionego sprawia że chce się wiedzieć więcej i więcej. A rodzina królewska Narodu Ognia jest absolutnie cudowna <3

Generalnie kilka razy podczas oglądania oczka robiły się mokre od emocji a szczęka opadała do podłogi od epickości walk :3

Istnieje wersja z polskim dubbingiem ale wytrzymałem z nią całe 3 sekundy. Serio, polecam oglądać w oryginale.
Za wszelkie błędy i niespójności w tekście przepraszam, jest czwarta nad ranem i mogłem coś pomieszać ale musiałem się z wami podzielić geniuszem Avatara :*
Dzisiaj, czyli w sobotę dwudziestego piątego lipca, właściwie wczoraj, skończyłem oglądać trzeci sezon. Znacie to uczucie kiedy mieliście do czynienia z czymś absolutnie cudownym i nie chce wam się robić nic innego bo i tak nie będzie lepsze?

A, na bazie pierwszego sezonu powstał film live-action w reżyserii M. Night Shyamalana, którego powinno się zwać Shyamalamanalnamanem (wrr), ale nie oglądajcie go. Wciąż staram się wyrzucić z głowy te bolesne wspomnienia…
Powstała również animowana kontynuacja, Avatar: The Legend of Korra, dziejąca się siedemdziesiąt lat po wydarzeniach z The Last Air Bender ale jeszcze jej nie widziałem to nie mogę się wypowiedzieć.

Jeśli jeszcze kogoś nie zachęciłem do obejrzenia tego cudownego i wspaniałego (158/10!!!) serialu to proszę, niedźwiedziobak.

Platypus_bear

 

Nie wiem czemu ta głupia strona nie pozwala mi zrobić akapitów w tekście. Jak zwykle cały świat przeciwko mnie :/

Fantastyka na znaczkach pocztowych

Fantastyka jest wszędzie! A nawet była i będzie :) Tym jakże odkrywczym stwierdzeniem rozpoczynam wpis, gdzie pokażę niektóre fantastyczne motywy (bez podboju kosmosu i ufoków – nie wiedzieć czemu ładują do wspólnego worka) na…znaczkach pocztowych. Istnieją kraje (lub kraiki), które mają pokaźne dochody ze sprzedaży znaczków, wydawanych dosłownie przy różnych okazjach. Nie należy się temu dziwić, w końcu „każda potwora znajdzie swego amatora – a w fantastyce nie istnieją rzeczy niemożliwe.

http://freestampmagazine.com/2014/10/09/science-fiction-stamps/

http://io9.com/i-am-obsessed-with-these-science-fiction-postage-stamps-1485587417

Nietrudno się domyślić, że sporo znaczków poświęconych jest postaciom klasyków:

http://jv.gilead.org.il/stamps/

i klasykom fantastycznym z epoki nam bliższej:

http://www.catawiki.com/search?type=233&q=science+fiction

http://www.freestampcatalogue.com/stamps/art/science-fiction/page/9

a także serialom i filmom:

http://www.freestampcatalogue.com/stamps/art/science-fiction/page/12

http://infimar.com/en/cinema-stamps/3206-arnold-schwarzenegger-turkmenistan.html

http://infimar.com/en/cinema-stamps/3001-kirgyzstan-el-planeta-de-los-simios.html

Bywają i komiksy:

oraz monstra:

kreskówki:

http://www.freestampcatalogue.com/stamps/art/science-fiction/page/2

Nie może zabraknąć „bohaterów narodowych” :)

http://about.usps.com/news/national-releases/2014/pr14_051.htm

combo:

http://www.coinnews.net/2013/09/10/2013-superman-coins-commemorate-75th-anniversary/

http://www.greatkrypton.com/siegelshuster/2013/08/30/stamp-of-excellence/

sp

 

Na koniec wyłamię się z konwencji i dam polski akcent:

http://www.brite-pl.pl/pliki/promocja.html

Alf

Obcy mogą przyjmować różne postacie. Nikt przecież nie obiecywał, że muszą być śmiertelnie poważni lub całkowicie różniący się od nas w sposób uniemożliwiający komunikację.

a

Futrzasty stworek z Melmaka, przymusowo uwięziony na Ziemi, bawił (i nadal bawi) młodszych i starszych. Serial był zabawny, chociaż po latach sąsiedzi bawią bardziej niż rodzina Tannerów. A sam Alf stanowi klasę samą w sobie! Ze swoimi odjazdami jest bardziej ludzki niż…ludzie spotykani na ulicach.

http://marzenia-i-koszmary.blogspot.com/2013/08/wczoraj-i-dzis-alf.html

Nieodwzajemniona „miłość” do kotów powodowała, że przyjmowaliśmy zakłady, kim tak naprawdę jest ALF – Gordon Shumway (w oryginalnej wersji Alien Life Form czy przekładając na wersję komiksową: Obca Ludzka Forma Życia). Pamiętam, że ktoś zasugerował, iż Alf jest przerośniętym szczurem – w pewnym sensie miałoby to sens z „miłością” do kotów. Inny upierał się, że Alf jest „kocim mrówkojadem” albo jakąś hybrydą niedźwiedzia z czymś tam (żołądki!) I nawet przekonuje mnie wariant „aardvarkowy” – https://pl.wikipedia.org/wiki/Mrównik :)

al

Pomimo lekkiej formy w serialu pojawiały się i poważniejsze tematy oraz nawiązania, sprawiające, że człowiek popadał w zadumę (niekoniecznie zastanawiał się nad przyszłością gatunku ludzkiego) – los rodzimej planety Alfa nie napawał optymizmem…

Na polskim rynku pojawił się także komiks, średni ale kilka odcinków było zabawnych, np. gdy Alf pomagał Brianowi w odrabianiu lekcji z mitologią grecką w tle (Af zaprezentował mitologię Melmaku, będącą zlepkiem i pastiszem naszej mitologii wespół z popkulturalnymi gadżetami).

af2 af

af

Jak polecić Alfa komuś, kto nie oglądał nigdy serialu (niemożliwe chyba…)? Wystarczy pokazać mu bohatera.

Forgotten Realms

IMG_0245Moja przygoda z systemem AD&D, w szczególności światem Faerûn, zaczęła się od legendarnej gry Baldurs Gate. To ona wciągnęła mnie w świat, który towarzyszył mi przez kilka kolejnych lat. W innym poście, myślę, że napiszę o grach komputerowych.
Największe moje zainteresowanie w Faerunie zdobył mroczny elf (drow) Drizzt Do’Urden, wygnany ze swojego miasta Menzoberranzan. Mieszkańcy oddają cześć pajęczej królowej Loth, karmiącej się złem, intrygami, zdradami, morderstwami. Drow nie podziela zainteresowań i upodobań swoich pobratymców, dlatego przemierza podziemie by w końcu po tragicznych wydarzeniach wydostać się z podmroku na powierzchnię. Wyjście jego na powierzchnię nie jest jednak usłane różami. Drow, który tutaj jest uważany za jednego z najgorszych wrogów, jest ścigany i tropiony, by w końcu trafić na zimną północ, do klanu krasnoluda Bruneora Battlehammera. Jednak los i tam nie daje mu spokoju. Wyrusza z przyjaciółmi w świat by odnaleźć zaginioną Mithrilową Halę, prawdziwy dom Battlehammerów…
Jednak to nie tylko losy Drizzta spowodowały, że świat ten bardzo mi przypadł do gustu. Również losy harfiarki Arilyn Księżycowej Klingi, która musi wykazać, że nie ona zabiła innego harfiarza. To cała gama pobocznych bohaterów których, dzięki dobrodziejstwu XX wieku czyli komputerowi, mogłem naocznie zobaczyć, poczytać o nich w grach komputerowych i ich poznać.

Oczywiście świat Faerun jest jednym z wielu światów systemu fabularnego AD&D. Systemu, który był bodajże pierwszym systemem opublikowanym. Wymyślonym przez ludzi, którzy siadywali przy piwie i wyobraźnia pozwalała im odkryć to, co nieodkryte, przemierzyć światy których nie widać, przenieść się w świat fantazji…i stworzyć dzieło, które wpływa na miliony ludzi, pozwalając im także odczuć siłę prawdziwej magii, przyjaźni, marzeń i radości z życia.

Sobota z grami planszowymi – relacja

Pierwsza wakacyjna sobota (27 czerwca) – aż się prosi by zasiąść w szerszym gronie przy planszy! W naszym KMF-ie nie mogło być inaczej i dość wczesną porą zebraliśmy się w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu aby zagrać w kilka pozycji. Jako że atmosfera wakacyjna, zdecydowaliśmy,  że zaczniemy od lżejszych i mniej wymagających gier. Na pierwszy ogień poszły więc „Potwory w Tokio” oraz „Dixit”.

Ta pierwsza znana już była klubowiczom i po jej opis odsyłam do relacji z naszego poprzedniego spotkania (TUTAJ). „Dixit” natomiast jest grą, w której każdy z graczy musi zaskoczyć innych graczy swoją wyobraźnią. Chodzi w niej o wymyślanie skojarzeń do posiadanych kart, cała trudność polega jednak na tym by nasze pomysły były możliwe do zgadnięcia dla pozostałych, a zarazem nie były oczywiste. Punktuje się bowiem tylko wtedy gdy przynajmniej jeden nasz rywal odgadnie nasze skojarzenie, ale gdy zrobią to wszyscy – to oni dostaną punkty a nie my! Gra posiada pięknie ilustracje, mocno inspirowane marzeniami sennymi i baśniami, a sama rozgrywka obfituje zazwyczaj w mocno humorystyczne wymiany zdań.

Oprócz tego zagraliśmy też we wspominany w poprzedniej relacji „Tikal”. Poza tym piątka śmiałków zdecydowała się rozegrać emocjonującą partię w „Cyklady”. Celem gry jest zdominowanie tytułowego regionu i udowodnienie pozostałym stronom konfliktu że nasza kultura stoi na najwyższym poziomie. A czy dokonamy  tego za sprawą naszych myślicieli czy wojowników – to już nasza decyzja! Aby wygrać trzeba posiadać dwie metropolie, a możemy je zdobyć albo poprzez stawianie odpowiednich budynków, albo przyciągając do naszych wysp filozofów, którzy rozwijają naszą naukę i kulturę. Możemy też oczywiście pójść na skróty i zająć gotową metropolię przeciwnika, choć wcale nie jest to łatwe zadanie! Gra posiada świetnie opracowany element licytacji, poprzez którą gracze ustalają, który antyczny bóg sprzyja ich stronie, dzięki czemu będą mogli wykonywać przypisane mu akcje. Nasza rozgrywka była dość brutalna, wyspy często zmieniały właścicieli, wojownicy stoczyli wiele bitew, a mitologiczne potwory często zmieniały sytuację na planszy. Niemniej zwycięska strona wygrała dzięki mędrcom, niejako na uboczu zgiełku wojennego stawiając drugą metropolię.

Następne spotkanie z planszówkami w bibliotece już po wakacjach! Zagramy zarówno w poznane już tytuły, jak i zupełnie nowe! Już teraz – zapraszamy serdecznie wszystkich zainteresowanych!

Nekromancja i dzwonki

Sabriel

W związku z ukazaniem się czwartej części cyklu Stare Królestwo, postanowiłam sięgnąć po pierwszą część, zatytułowaną Sabriel, mając nadzieję zagłębić się na wiele godzin w nową, nieznaną i fascynującą historię w magicznym świecie fantasy. Moja przygoda nie okazała się jednak tak długa.

Poniżej link do krótkiego streszczenia:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/237523/sabriel

Nie chcę klasyfikować literatury na tą dla młodzieży i dla dorosłych. Gdy stwierdzamy, że książka jest dla młodszego czytelnika, bywa że patrzymy na nią mniej krytycznym okiem i zezwalamy na więcej, niż w przypadku dzieł dla odbiorców poważnych. Taki właśnie problem miałam, gdy czytałam Sabriel. Nic o niej nie wiedziałam, nie znałam autora, fabuły. Liczyłam na kawał dobrej fantasy. W trakcie lektury jednak targały mną mieszane uczucia i w pewnej chwili pojawiła się myśl „a tam, ale czego spodziewałam się po literaturze dla młodzieży?” Oj nie. Nic z tego. Koniec z szufladkowaniem.

Autor zdobył moje uznanie za pomysłową kreację świata. Duży plus za próbę wymyślenia czegoś całkiem nowego. A to, że po pierwszym tomie nadal nie wiem, co to jest Magia Kodeksu, Wolna Magia, Nekromancja w jego wydaniu, Carlyowie, kamienie kodeksu i znaki kodeksu, nekromanckie dzwonki, i że nie całkiem te koncepcje mi się podobają, to już inna sprawa. Czytając fantasy powinniśmy poddać się (jeżeli chcemy czerpać przyjemność z lektury) „czasowemu zawieszeniu niewiary”, czyli przyjmować wszystko co nam autor przedstawia za pewnik. Nie musi on nam tłumaczyć, z czego ta magia czerpie swoje źródło, w jakich okolicznościach się uwalnia, jakie kryteria musimy spełnić, aby wyzwolić moc, bo po prostu tak jest i nie możemy tego kwestionować. Dla mnie to jednak za mało. Wszystko, co się działo, było opisane bardzo płytko. Świat jest, magia jest, ale odnosiłam wrażenie, że autor sam nie poukładał sobie w głowie swojej wizji.

Związany z tym jest kolejny minus. Książka w ogóle nie trzymała w napięciu. Po dwóch przygodach, jakie spotkały nastoletnią nekromantkę, w ogóle nie obawiałam się o jej losy. Nie było wcale dreszczyku emocji czy obaw, jak sytuacje się rozwiążą. Schemat jest prosty: mniejszych nieumarłych przecinasz mieczem; przed większymi w ostatniej chwili umykasz do kryjówki; w sytuacjach krytycznych pojawiają się pomocne zjawy, które przenikają przez obiekty, zaklęte znakami kodeksu; jak jesteś w niebezpieczeństwie – zawsze pojawia się jakiś przedmiot, zaklęty znakami kodeksu…który akurat szczęśliwym trafem wpada Ci do dłoni…; jak czegoś nie umiesz, przed oczami pojawią się znaki kodeksu…najczęściej zaklęte w jakimś przedmiocie.. itd. itd. To wszystko sprawiło, że książkę czytało się bardzo lekko i bez napięcia. Trafiła w dobry czas bo miałam ochotę się zrelaksować :)

Podobała mi się kreacja bohaterów. Nie było ich wielu, a na uwagę zasługuje tylko kilkoro z nich. Opisy postaci były zrównoważone. Poznajemy ich z czasem, nie mają co prawda bogatych historii, ale budzą sympatię i zaciekawienie.

Co do samej fabuły niewiele się działo. Sabriel spełniła swoją misję bez zaskakujących zwrotów akcji. Więcej czasu poświęcałam na wyobrażanie sobie atmosfery otoczenia i nastrojów bohaterów (brzmi jak nuda, ale obrazy kreowane przez Nixa były całkiem przyjemne).

Podsumowując: To nie jest to, czego ja osobiście szukam w literaturze, jednak spędziłam przy niej miło czas, odprężyłam się.

+ za pomysł (który nie do końca mi się podoba);
+ ładny język, chociaż momentami pojawiały się bardzo „przekombinowane” sformułowania;
+ zainteresowanie mnie na tyle, że nie chciałam odpuścić, i dotrwałam do końca historii.

– nie do końca zrealizowany pomysł, płytkie potraktowanie tematu;
– schematyczne rozwiązania;
– brak napięcia (każdy ma oczywiście inne odczucia);
– brak interesujących dialogów, które dla mnie są bardzo ważne.

Po krótkiej przerwie na pewno sięgnę po kolejne tomy.

Trzeci najazd Marsjan

or

Fantastyka socjologiczna była kiedyś bardzo popularna. Ktoś powie – tak, była popularna bo nic innego nie było lub nie byliśmy w temacie zagranicznej fantastyki. Ktoś inny doda – była odbiciem czasów minionych i parawanem do politycznych aluzji i wycieczek. Złośliwcy stwierdzą, że wypaliła się po 1989 roku a obecnie nikt już tak nie pisze, czy wręcz czytelnicy nie mają ochoty „męczyć” się trudniejszymi kwestiami, skoro mogą łykać przyjemne czytadła a nie jakieś tam klasyczne, hard scifi 😉 Wszystkie stwierdzenia będą prawdziwe, stąd z pewną nieśmiałością sięgnąłem po książkę Marka Oramusa (jeden z wielkich zapomnianych!) pod tytułem Trzeci najazd Marsjan.

Początek jest dobry. Przyszłość. Rok 2032, coś blokuje nam fale radiowe i telewizyjne – kablówka i internet śmigają. Niebywała tragedia! Pojawiają się dziwne obiekty, nawiązany został KONTAKT (pan Tangel Ulosque, reprezentujący Ligę Pięciu występuje w TV zakłócając inne przekazy). Obcy są tak mili, że chcą spełniać nasze…zachcianki; ludzie wysyłają życzenia swoistą pocztą i otrzymują różne cuda (praktyczne). Ale, ale…po co naszym przemiłym gościom hm…materiał genetyczny. No i dlaczego Obcy nie rozwiązują innych, ważnych dla ludzkości problemów? Podobne pytania zadają sobie bohaterowie (przynajmniej niektórzy) Trzeciego najazdu Marsjan. I tu pojawiają się pierwsze wady książki – zbyt naiwne podejście, dłużyzny w środku i w zasadzie brak akcji. Zakończenie jest słabe (jeśli w ogóle tak można nazwać to COŚ).

http://katedra.nast.pl/artykul/5428/Oramus-Marek-Trzeci-najazd-Marsjan/

Co zatem przemawia za książką? Początek i rozwinięcie za środkiem, gdzie robi się duszno, mroczno i w ogóle straszno. Z pewnością wtręty socjologiczne czy nawet BWP (bardzo ważne pytania) o stan ludzkości i takie tam drobiażdżki. Temat dość oklepany, wykonanie całkiem zacne, chociaż moim zdaniem przegadane. W innej wersji, skróconej do publicystyki albo…rozszerzonej o wątki poboczne byłaby to bardzo dobra pozycja. A tak jest co najwyżej dobra. Pomysł był, styl jest, czego zabrakło? Konsekwencji i jednak szczegółów. Czuć w wielu miejscach „łebkowość” narracji. Czytać? Czytać! W zasadzie da się podciągnąć Trzeci najazd Marsjan pod postapokalipsę. A głupio nie przeczytać chociaż jednej książki z trącącej dziś myszką fantastyki socjologicznej…

http://slavosky.blogspot.com/2011/01/marek-oramus-trzeci-najazd-marsjan.html

„Nikt nie przewidział, że przylecą do nas na balonach.”

http://paradoks.net.pl/read/25196

„Pech w tym, że w przypływie wolnościowej euforii czytelnicy jakby zapomnieli o swoich dotychczasowych dostawcach futurystycznych marzeń i koszmarów. Miast tego zagłosowali portfelem na przedruki anglosaskiej fantastyki (nie zawsze zresztą wartych polskiej edycji), dostępnych dotąd w niewielkim wyborze, bądź też w postaci klubowych przekładów. Zalew tego typu produkcji do spółki z przekonaniem nowych rynkowych graczy, że czas polskiej fantastyki przeminął, sprawiły iż środowisko dotąd aktywnych twórców uległo przetrzebieniu w niemal tym samym stopniu co bataliony nieszczęsnych Kościuszkowców pod Lenino. Świadectwem chwały dawnych mistrzów zdawały się co najwyżej piętrzące się w antykwarycznych kątach sterty ich niegdyś rozchwytywanych publikacji.”

„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy…”

wiedźmin w Fantastyce grudzień 1986

Wiedźmin w Fantastyce, grudzień 1986

Kto tego cytatu nie zna to musi poznać. Ci, co znają od razu wiedzą, o co chodzi. Wiedźmin Geralt, Yennefer o fiołkowych oczach, pachnąca bzem i agrestem, dziecko przeznaczenia Ciri, księżniczka Cintry, niezapomniany łamacz serc kobiecych, Jaskier. To pokrótce główni bohaterowie sagi. Sagi, która zmieniła Polskę, polską fantastykę i teraz nareszcie wkracza na salony światowej literatury. Miejmy nadzieję, by wzorem legend arturiańskich, pieśni Chretiena de Troyes, czy poematów Szekspira stać się kanonem literatury światowej.

Kto nie marzył, by być wiedźminem; kto nie chciał spotkać Yennefer; kto nie zmrużył oka wertując przygody Geralta. O czym opowiada saga o wiedźminie? O losach dwójki zakochanych serc, o cenie neutralności, o wyborach, konsekwencjach wyborów, o intrygach zmieniających świat. Tu nie ma ludzi bez winy, tu każdy czegoś chce…może tylko Jaskier i Oczko…ich niezapomniane pieśni przypominają o naszej ulotności. Na sagę o wiedźminie składają się dwa tomy opowiadań, które są wstępem do głównego wątku historii. Prócz tego wydana została powieść dziejąca się przed wydarzeniami z opowiadań.

Wiedźmin

Wiedźmin

Skąd się wziął cykl o wiedźminie? Andrzej Sapkowski, autor dzieła, wysłał opowiadanie na konkurs do czasopisma Fantastyka. Zajął tam trzecie miejsce ale właśnie to opowiadanie tak poruszyło czytelników, że dzisiaj wiedźmin to nie tylko saga, to cały świat, który dzięki firmie CD Projekt przeniósł się na monitory komputerów (trzy wspaniałe gry!), to seriale i filmy. Teraz za adaptację prozy mistrza Sapkowskiego bierze się kolejny artysta, Tomasz Bagiński.

Co sądzisz o Wiedźminie? Zapraszam do konwersacji poniżej!

Najlepszy z najgorszych (Plan 9 z kosmosu)

Dziwne rzeczy zaczęły się dziać, gdy niżej i wyżej podpisany rozpoczął pisanie…Tak można rozpocząć tekst o najgorszym filmie wszechczasów albo najlepszym z najgorszych filmów. Trudno pisać o klasach filmu ale z pewnością Plan 9 z kosmosu Eda Wooda Jr. jest już kultowym produktem i pewnie długo będzie jeszcze na prowadzeniu :)

pl

Źródło obrazka: http://www.imdb.com/title/tt0052077/

Film doskonale oddaje klimaty końca lat pięćdziesiątych XX wieku z atomowymi lękami, latającymi spodkami i tradycyjnymi amerykańskimi małomiasteczkowymi wierzeniami. Mówiąc inaczej: spodki, zombie, lasery i bajery.

http://skazanynafilm.pl/zly-az-dobry-plan-9-kosmosu/

Niewątpliwą atrakcją filmu są postacie Vampiry i Beli Lugosiego (tak, to pan od Draculi). Co do bajerów, mnie spodki przekonują – jako efekty specjalne. Postacie także. Co do mielizn i błędów – są niebywale zabawne. Dialogi i gra aktorska są przejmująco drętwe. Ogólnie, podczas seansu człowiek ma dziwne wrażenie obcości. Tak! Nie wiadomo o co chodzi a jeśli chwytamy nitkę logiki, za moment zostaje zerwana… Innymi słowy, jest klimat i ostra jazda. Mógłbym napisać – nie oglądać samemu w domu ale przecież sam film nie jest AŻ tak zły. A w porównaniu z polskimi komediami romantycznymi i innymi drewnianymi szkaradzieństwami osławionej „polskiej szkoły telenoweli”, Plan 9 z kosmosu jest wręcz arcydziełem.

pl9

Źródło obrazka: http://www.sodahead.com/entertainment/is-there-a-movie-that-scares-other-people-but-made-you-laugh/question-4665270/

Gdyby ktoś się wahał – mała rekomendacja:

„Także „Plan 9 z kosmosu” wspina się na wyżyny intelektualnej rozrywki. Wyszedł on spod ręki legendarnego reżysera filmowego, Eda Wooda. Uznawany za najgorszego reżysera wszechczasów, doczekał się filmu o sobie (zrobionego przez Tima Burtona). Grupa kosmitów, aby opanować Ziemię, zaczyna wskrzeszać zmarłych, którzy mają im w tym pomóc. Zaczynają dziać się rzeczy pozbawione sensu, ale za to nieodparcie śmieszne – nagrobki na cmentarzu wyglądają jak kartonowe pudła, policja wyjeżdża z posterunku białym samochodem, by za chwilę dojechać na miejsce zbrodni czarnym, wszystkie pomieszczenia umeblowane są tym samym kompletem mebli, a całość przyozdabia koszmarne aktorstwo (o ile to w ogóle można nazwać aktorstwem). Należy zwrócić uwagę, że w filmie po raz ostatni pojawia się na ekranie Bela Lugosi, legendarny odtwórca Draculi.” Źródło: Fantasy, sierpień 2002, strona 12.

Na Eda Wooda i jego kultowy film wpadłem dość przypadkowo oglądając inny, swoisty hołd dla reżysera Planu 9…- Marsjanie atakują! Tima Burtona. Burton zresztą przyczynił się znacznie do renesansu twórczości Wooda, m.in. za sprawą filmu dokumentalnego Ed Wood (na podstawie biografii Wooda – Nightmare of Ecstasy). Jednocześnie pojawił się inny dokument, Teda Newsoma, Ed Wood: Look Back in Angora (do wyguglowania).

O co chodzi ze słynnym sweterkiem z angory? Nie sądźcie po pozorach:

„A styl miał Wood niepowtarzalny. Media uczepiły się jego słynnego różowego sweterka z angory, który lubił nosić i wcale się z tym nie krył. Być może dużą zasługę miała w tym jego matka, która Eda od dziecka ubierała jak dziewczynkę. Już jako dorosły facet, kiedy służył w marynarce (zaciągnął się do wojska w pół roku po Pearl Harbor), pod mundurem lubił nosić różową bieliznę. Ale to wcale nie znaczyło, że był zniewieściały. Dostał, jak sam mówił, „szufladę odznaczeń”, stracił w walce przednie zęby i zarobił parę kulek. A kobiety za nim szalały.” Źródło: Machina, sierpień 2000, strona 53.

No i który z reżyserów może się pochwalić własnym…kościołem?

http://www.edwood.org/

Plan 9 jest już w domenie publicznej i dostępny np. z PL napisami tutaj:

Lepsze PL napisy tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=OBny7AupNb0&feature=youtu.be