Miesięczne archiwum: Listopad 2015

XIV spotkanie KMF „Sagitta” – relacja

Na czternastym spotkaniu miały być gry i kreskówka. Wyszło tak, że został Rick and Morty (trzy odcinki!) Bajka jest odjazdowa i wymaga skupienia, co widać na zdjęciach. Poza tym obfituje w masę smacznych i niesmacznych żartów, nabijanek z elementów popkultury i nawiązań. W dużym skrócie, widać, że twórcy dobrze się przy niej bawili i to widać, słychać i czuć :) Wciąga aż do ostatniego odcinka. Sami się przekonajcie.

rick

rick2

Jak to zwykle bywa w przypadku spotkań, jednym się podobała bardziej, innym mniej. Podejrzewam, że tych od „bardziej” było więcej. Rozluźniliśmy się po ciężkich bojach z literaturą, pośmialiśmy a na następnym będzie jeszcze luźniej….ponieważ o to właśnie chodzi na spotkaniach KMF-u. Trochę zabawy, trochę wiedzy, w przyjemnej atmosferze.

rick4 rick3

rick5

Trochę łamiących i skrzypiących opinii o odjazdowym duecie:

Kamil: http://pbp.sieradz.pl/kmf/2015/10/10/rick-and-morty-suko/

Patryk: Bardzo ciekawa parodia z rozwiniętymi bohaterami i humorem.

Monika: 20.11.2015 odbyło się spotkanie klubu miłośników fantastyki. Oglądaliśmy bajkę Rick and Morty. Bajka mi się podobała, ponieważ przedstawiała anatomię człowieka a bakterie, wirusy i gruźlice zostały przedstawione w postaci potworów i różnych mazi. To mi przypominało bajkę pt.: „Było sobie życie”. Bohaterem bajki był również pies, który odgrywał ważną rolę dla ocalenia ludzkości. Dzięki szalonemu naukowcowi, który przypominał tego z filmu o wehikule czasu, robił eksperymenty na ludziach i psach. Tak aby pies miał umysł człowieka i dzięki temu człowiek mógł dalej przetrwać. Ja bym chciała przetrwać jako inteligentny pies :) Dodatkowo było dużo dobrego humoru :) Tylko czułam mały niedosyt w zakończeniu, a przecież każda bajka na czymś się zaczyna i kończy a tu jakby za chwilę miała mieć ciąg dalszy. Spotkanie było w miłej, spokojnej i cichej atmosferze, dużo ciastek i nawet popkorn :)

Paweł: Rick and Morty daje sporo radochy. Przygody tej pary bohaterów obśmiewają wiele popkulturowych zjawisk i konwencji, ale nie tylko – twórcy nie szczędzą szydery odnośnie współczesnego sposobu życia, choć na szczęście nie bawią się w ostentacyjne moralizatorstwo. Postacie skrojone są na klasycznej zasadzie przeciwieństw, ale to co je spotyka, to już jazda bez trzymanki, sporo absurdalnych i nieprzewidywalnych pomysłów, do tego przezabawnych! Można poskładać się ze śmiechu, ja osobiście wymiękłem totalnie przy odcinku z telewizją ze wszystkich rzeczywistości (combo Two brothers + Sneezy zabija :D). Polecam każdemu, obowiązkowo!

rm rm2 rm3 rm4 rm5

Źródło: http://imgur.com/a/SDeNX#0

XV spotkanie Klubu Miłośników Fantastyki „Sagitta”

Zapraszamy na piętnaste spotkanie Klubu Miłośników Fantastyki „Sagitta”, które odbędzie się w sobotę, 5 grudnia o godz. 10.00 w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu.

Na spotkaniu królować będzie wielkie „być może.” A poza tym zagramy w planszówki: Odkryj Łódzkie, Miasto Dwóch Herbów, Tikal, 7 Cudów Świata, być może Magnatów i być może obejrzymy film Święty Mikołaj wyrusza na podbój Marsa :)

z z2

sm

Zajrzyj do nas!

Tomek o KMFie

Czym jest Klub, co to za twór i o co chodzi? Co się dzieje na spotkaniach i do kogo skierowano ofertę? Skąd się wzięła idea powstania KMFu?

– Klub Miłośników Fantastyki „Sagitta”, działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej zrzesza ludzi interesujących się szeroko pojętą fantastyką. Od bajek i legend, przez historię porównywaną do dawnych eposów, do wojen dziejących się na rubieżach kosmosu. Idea powołania klubu powstała dość przypadkowo. Podsunięta została przez kolegę, który na retoryczne pytanie o to, że nie ma w Sieradzu takiego miejsca, w którym można by porozmawiać o książkach fantastycznych zasugerował stworzenie go. W pierwszej kolejności pisałem na forach i pytałem klub gier fabularnych w Zduńskiej Woli. Po wizycie znanego polskiego pisarza fantastyki Jakuba Ćwieka w Powiatowej Bibliotece Publicznej wyszedłem z propozycją powołania klubu i została ona życzliwie przyjęta. Działalność klubu skierowana jest do wszystkich – mniej lub bardziej zainteresowanych tematyką fantastyki. Ważne, że chcesz się spotkać i wyrazić swoje zdanie o temacie, który poruszamy, bądź tylko posłuchać.

Czytaj dalej

XIII spotkanie KMF „Sagitta” – relacja

Trzynaste spotkanie upłynęło pod sztandarem ruralnego bohatera na miarę naszych możliwości. Bimbrownika, egzorcysty-amatora, hieny cmentarnej, zbawcy nowoczesnej Europy i Polski – Jakuba Wędrowycza oraz jego przyjaciół, wrogów i…tych, co zostaną kiedyś upolowani i zjedzeni :)

wedr

wedr2

[fotki dzięki Monice]

Jako, że raczej zaliczam się do przyjaciół Jakuba broniłem tych jakże ważnych dla współczesnej kultury czytadeł, uczciwie przyznając, że są lepsze i gorsze opowiadania a np. Trucizna niestety nie zalicza się do udanych – z pewnością z trzech, które Klubowicze otrzymali do przeczytania Wykład był jednym z ciekawszych opowiadań a na pewno zaskoczył finalną sceną! Autor mógłby nieco odpocząć od Jakuba bo ostatnie produkcje wyszły lekko przekombinowane ale pierwsze nadal dają radę i fajnie jest do nich wrócić.

wedr3

wedr4

wedr5

Czy inni Klubowicze także się przekonali do tego rodzaju lektur, trudno powiedzieć. Jak zwykle, jednym się podobało, innym nie ale może kiedyś niezdecydowani poczytają (niech zaczną od Wieszać każdy może). W każdy razem rozgorzała ognista dyskusja – bez wody ognistej! Za to z chipsami, ciastkami, herbatą itp. utensyliami. Było śmiesznie ale nie straszno i jak to bywa w podobnych dyskusjach nastąpiło poplątanie z pomieszaniem – wątki fantastyczne odjechały w stronę historyczną -> reductio ad Hitlerum – historie alternatywne zawsze w modzie! Klubowicze dostali także „łamacze głów: (labirynt, krzyżówka) a kolejne już się gotują.

wedr6

wedr7

A oto relacje na gorąco, na żywo ale w studio:

Patryk: Wędrowycz jest spoko do poczytania, czasem drętwy humor, czasem przesadzony ale w sumie lubię poczytać dla rozluźnienia – nie ma wysokiego przekazu.

Monika: 6 listopada odbyło się kolejne spotkanie klubu miłośników fantastyki „Sagitta”. Omawialiśmy opowiadania Pilipiuka. Głównie z kronik Jakuba Wędrowycza. Najciekawszy był Wykład i Głowica. Natomiast Bajka dla Wnuczka pozostawiała wiele do życzenia. Pod względem pedagogicznym nie powinno się dzieciom opowiadać takich bajek. Nawet wnuczek okazał się być bardziej inteligentny od dziadka. Sama forma bajki ciekawa, lekka do przeczytania. Jeśli pozostałe opowiadania autora są podobne, to warto sięgnąć do powieści autora. Zachwycaliśmy się nie tylko opowiadaniami Jakuba Wędrowycza, ale żywo poruszaliśmy tematy na temat zdolności plastycznych Hitlera.

wedr8

wedr9

Paweł: Przeczytałem pierwszy zbiór opowiadań z Wędrowyczem i nie jestem zachwycony. Mam wrażenie, że spodobałby mi się bardziej kilka lat temu, gdy miałem mniej do czynienia z tym typem poczucia humoru, obecnie wydaje mi się ono nieco wyeksploatowane i przestarzałe. Mogę się oczywiście mylić, bowiem na spotkaniu były też osoby sporo ode mnie młodsze i na nich również wybrane opowiadania nie zrobiły najlepszego wrażenia. Niemniej, warsztatowo krótkie formy są bez zarzutu, czyta je się szybko i sprawnie, niewiele po nich jednak zostaje w pamięci. Wiadomym jest, że nie miała to być ambitna literatura, jednak oczekiwałbym, że jakiś gag czy tekst bohatera wyryje swój ślad w pamięci, a tu na taki nie trafiłem. Zaufam jednak rekomendacjom co niektórych klubowiczów i na pewno sięgnę po inne pozycje Pilipiuka (niekoniecznie związane z Wędrowyczem, jednak nie kupuję tej konwencji) – zwłaszcza zachęcają mnie opinie o dobrze przygotowanym tle historycznym w jego książkach. Łącząc to ze sprawnym piórem autora, spodziewam się ciekawej lektury!

Tomek: Jakub Wędrowycz – bimbrownik, złodziej recydywista, posiadający ciekawą i obszerną kartotekę w Komendzie Policji w Wojsławicach. Dla jednych bohater, dla innych szaleniec, dla mnie utożsamia wszystkie cechy, jakie powinien posiadać rasowy egzorcysta. Nie lęka się. Może jest to spowodowane bimbrem i kolorową fantazją ale w spotkaniu z duchami, wampirami czy mafiosami nie lęka się i to jest ważne.  Jakub jest przeciwieństwem Wiedźmina – ten, o problemach natury egzystencjonalnej, zakochany w kruczoczarnej piękności, szukający dziecka przeznaczenia, błąka się, nie wie co począć, kiedy Wędrowycz dobrze wie: napić się bimbru i życie jest prostsze.

XIII spotkanie KMF Sagita poświęcone było właśnie Jakubowi Wędrowyczowi, antybohaterowi tudzież bohaterowi Wojsławic i Starego Majdanu, pogromcy wszelkiego plugastwa tej ziemi. Rozmowa klubowiczów na XIII (dla przesądnych, pechowym spotkaniu) była dla nas ciekawa i interesująca; fakt faktem, że kilka razy z prozy skręciliśmy w dzieje historii nowożytnej ale dzięki temu rozmowa była jaskrawa. Szukaliśmy odpowiedzi, czy Jakub się skończył ale jak dla mnie tacy bohaterowie żyją wiecznie, co jest odzwierciedlone w książkach. Takiego egzorcysty to nawet w piekle się boją i bardzo dobrze; lepiej się śpi, gdy wiadomo, że w Wojsławicach żyje taki kłusownik.

*****

Właśnie! Takich praktyków ze świecą szukać.

Miniwywiad z Jackiem Piekarą

Nie trzeba wyjaśniać kim jest Jacek Piekara :) Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości kto ów zacz napiszę krótko, że jest to pisarz, człowiek renesansu i już klasyk polskiej fantastyki:

http://fabrykaslow.com.pl/autor/jacek-piekara

Odwiedził także Sieradz spotykając się z czytelnikami i fanami:

http://pbp.sieradz.pl/rel-563.html

pk

Czas na kilka pytań – wierzę, że Arivald wróci!

– Zacznę od czegoś banalnego a jednocześnie trudnego…Czym jest dla Pana fantastyka, z czym się kojarzy i dlaczego akurat fantastyka a nie kryminały retro czy romanse z małym dworkiem w tle?

JP: Sądzę, że to wpływ lektur z dzieciństwa, czyli najpierw Stanisława Lema i zapomnianego dzisiaj Konrada Fiałkowskiego (dopiero potem przyszedł czas na znakomite amerykańskie zbiory „Rakietowe szlaki” i „Kroki w nieznane”, powieści Strugackich oraz Bułyczowa), jak również wielu książek klasyki grozy czy wreszcie południowoamerykańskiego realizmu magicznego. W dodatku dobraliśmy się w szkole w grupę osób bardzo zainteresowanych fantastyką i jeszcze w latach stanu wojennego chodziliśmy na spotkania klubu miłośników fantastyki, które odbywały się raz w tygodniu w centrum Warszawy i spotykaliśmy się z gronem podobnych pasjonatów w tym ludzi wiele, wiele starszych od nas.
Z drugiej strony fantastyka była ucieczką od przaśnego, topornego świata upadającej komuny. Była podróżą do lepszych, ciekawszych miejsc budowanych w wyobraźni, której to wyobraźni można było zupełnie swobodnie puścić wodze. Mieliśmy ochotę pisać i czytać o „cudownościach”, a nie babrać się w siermiężnej rzeczywistości. Na rynku kryminałów panował wtedy tzw. „kryminał milicyjny”, w którym zazwyczaj dzielny oficer milicji zwalczał amerykańskich szpiegów lub spekulantów handlujących dżinsami, a romansów chyba w ogóle nie było. Moda na romans zarówno sentymentalny jak i erotyczny czy wręcz pornograficzny, zaczęła się jakoś po 1989 roku. Ale z tego co pamiętam kompletnie nie interesowało mnie to zarówno z punktu widzenia twórcy jak i czytelnika.

– Przyznam, że dawno, ale nie tak bardzo dawno temu zaczytywałem się w Fantasy (Click). Jak Pan wspomina tworzenie tego zacnego czasopisma i…dlaczego wyszło jak wyszło, że już nie wychodzi? :)

JP: Mogę z dumą powiedzieć, że jako pierwszy w Polsce stworzyłem w pełni profesjonalne pismo poświęcone fantastyce. Kolorowe, ładnie wydawane, bogate w treści publicystyczne. To nie była taka chała jak „Fantastyka”, czy potem „Nowa Fantastyka”, w której cały zamysł polegał na tym, aby zapchać numer polskimi lub zagranicznymi opowiadaniami. „Fantasy” było w pełni przemyślanym konceptem i ta solidność nam się opłaciła. Wydawaliśmy około stu tysięcy egzemplarzy z czego sprzedaż przekraczała sześćdziesiąt procent przy bilansowaniu się tytułu na poziomie poniżej czterdziestu procent. Niestety mieliśmy potężnego, niemieckiego wydawcę. Mówię „niestety”, gdyż potężny wydawca jest nastawiony na potężne interesy i wielkie pieniądze. Zarobek na czysto rzędu dwudziestu, trzydziestu tysięcy złotych miesięcznie nikogo tam nie interesował i postawiono nam karkołomny warunek zarabiania grubo ponad pół miliona złotych rocznie (mówię tu już o sumach netto, czyli zysk po odliczeniu wszelkich kosztów), czego nie byliśmy w stanie osiągnąć na tym dość jednak wąskim rynku. Z rozbawieniem natomiast obserwuję jak od kilku lat obecna „Nowa Fantastyka” pełnymi garściami czerpie z moich koncepcji i doświadczeń, nawet jeden do jednego powielając tematy, którymi zajmowaliśmy się w „Fantasy,”

– Będąc przy starociach nie mogę NIE zapytać o Smoki Haldoru i opowiadania z…Młodego Technika: http://pbp.sieradz.pl/kmf/2015/06/26/mlody-technik-i-fantastyka/ 

Jak Pan ocenia po latach swoje pierwsze produkcje? 

JP: Jak to po latach: oczywiście krytycznie. Na ogół panuje zgoda co do tego, że pisarz jest jak wino i jego twórczość nabiera smaku z wiekiem. No więc w czasach, o które Pan pyta ja byłem bardzo młodym winem :)

– Jak powstawał Arivald – czy to był z góry założony zbiór przygód tego bohatera, czy rozwinął się przypadkowo? 

JP: Przygoda z czarodziejem Arivaldem zaczęła się bardzo dawno temu, ale kiedyś ten bohater rzeczywiście był dla mnie pierwszoplanową postacią. Opowiadania o czarodzieju – samouku zostały bardzo, bardzo ciepło przyjęte przez czytelników i to na pewno mnie zainspirowało do dalszej pracy. Która to praca, jak przypomnę, zakończyła się potężnym ponad 600 stronicowym zbiorem obecnym na rynku już w bodajże czwartym wydaniu.

– Czy w związku z nabraniem pod koniec książki tonu nieco bardziej poważniejszego i uporządkowanego nie przewiduje Pan kontynuacji powieści fantasy w świecie Arivalda?

JP: Mam tyle pracy nad innymi projektami, zresztą nie tylko związanymi z szeroko rozumianą fantastyką, że do tych historii raczej nie wrócę. Chociaż mam kilka rozpoczętych tekstów z Arivaldem w roli głównej.

– Z pewnością czekał Pan na pytanie dotyczące Inkwizytora :) I takie padnie ale…Znalazł się pan w ekskluzywnym gronie:
http://rebelya.pl/post/8643/14-ksiazek-theological-fiction-ktore-warto-prze
Co Pan na to? Wiadomo, religia i polityka to śliskie tematy. Popatrzmy w kontekście fantastyki: po apokalipsie będzie renesans religii w stylu przedstawionym w Kantyczce dla Leibowitza czy nastąpi chaos?

JP: Mam duży dystans do internetowych recenzji, klasyfikacji, wyborów jakiegoś top 10 czy top 100. I to zarówno jako czytelnik jak i jako autor, którego książki są czasami tematem podobnych podsumowań. Bo jeżeli czytam artykuł o kinematografii, po którym widzę, że autor nie obejrzał nawet połowy tego repertuaru co ja, a tę połowę, którą obejrzał to nie zrozumiał, to jakim jest on dla mnie partnerem do dyskusji? Jeżeli czytam w jakiejś recenzji, że Tolkien jest niezły, ale strasznie dużo zapożyczył od Paoliniego (przypomnę, że Paolini urodził się kilkadziesiąt lat po śmierci Tolkiena), to o czym mam dyskutować z takim niedoukiem?
A co będzie po Apokalipsie z tymi ludźmi którzy przeżyją? Cóż, jak trwoga to do Boga, więc wyobrażam sobie, że wszelkie ruchy mistyczno- religijne tylko się wzmocnią. Co oczywiście nie wyklucza totalnego chaosu, bo to sprawy kompletnie niezależne.

– Jak wygląda odbiór Pana książek za granicą (przekłady, nakłady, spotkania)? Czy ma Pan wiedzę na ten temat?

JP: Moje książki zostały ciepło przyjęte w Rosji i na Ukrainie, a na przykład opowiadanie „Planeta Masek” bardzo spodobało się we Włoszech. Były wstępne plany i rozmowy na temat niemieckiego wydania przygód inkwizytora, ale sprawa rozbiła się o to, że Niemcy chcieli powieści, a nie zbiorów opowiadań, a przecież książki o inkwizytorze to głównie opowiadania. Generalnie wydania zagraniczne to jest taki aspekt mojej działalności, który wymagałby po prostu dobrego, aktywnego agenta, bo bez tego niewiele da się zrobić. I na razie jestem  zupełnie nieusatysfakcjonowany tym, co się dzieje.

– W swoich książkach sporo Pan pisze o ułomnościach ludzkiej natury. W związku z tym musi paść pytanie – co sądzi Pan o Polakach jako społeczeństwie – największe wady i zalety?

JP: Jestem przeciwny generalizowaniu i myśleniu o narodzie jako o jednolitej całości rządzonej zbiorem konkretnych cech. Przecież są Polacy mądrzy i głupi, Polacy dobrzy i podli, Polacy uczciwi i oszuści. Jednak z uwagi na życie w systemie komunistycznym, a więc w cywilizacji wiecznego niedoboru towarów i usług, musieliśmy wykształcić w sobie pewne cechy ułatwiające przetrwanie. Więc na pewno jesteśmy zaradni i przedsiębiorczy. To zresztą widać kiedy się obserwuje wskaźniki gospodarcze, pokazujące, że główny dochód państwa płynie z podatków z małych i średnich przedsiębiorstw. Nie jesteśmy również podatni na różne ideologiczne szaleństwa płynące z Zachodu, które określiłbym zbiorczą sygnaturą „porąbane lewactwo” :).   Teraz dużo się mówi o tzw. Polakach – cebulakach (ich królem Jarosław Kuźniar!), ale to przecież zjawisko charakterystyczne dla każdego kraju. Kto oglądał amerykańskie programy Jerry’ego Springera ten wie, że najgorszy nawet Polak – cebulak mógłby przy gościach odwiedzających Springera uchodzić za pełnego ogłady dżentelmena! :)

– Najtrudniejsze pytanie jakie Panu zadano to….a najgłupsze….

JP: Podobno nie ma głupich pytań tylko są głupie odpowiedzi. A jakiegoś szczególnie trudnego pytania nie przypominam sobie z wywiadów czy ze spotkań. W życiu prywatnym może było to pytanie które brzmiało: „dlaczego mnie nie kochasz, skoro ja Cię kocham tak bardzo?”. I jak tu poprawnie odpowiedzieć?

*****

I tym optymistycznym akcentem zakończono odpytywanie pana Jacka. Dziękujemy za poświęcony czas i życzymy kolejnych udanych pozycji a także pana z walizką wypchaną odpowiednimi środkami płatniczymi, które przełożą się na dobry film z uniwersum Jacka Piekary :) Zapraszamy do lektury:

lubimyczytac.pl/ksiazka/217380/ja-inkwizytor-kosciany-galeon

XIV spotkanie Klubu Miłośników Fantastyki „Sagitta”

Zapraszamy na czternaste spotkanie Klubu Miłośników Fantastyki „Sagitta”, które odbędzie się w piątek, 20 listopada o godz. 17.30 w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu.g

g2

Zagramy w Odkryj Łódzkie i Miasto Dwóch Herbów a także obejrzymy drugi odcinek kreskówki Rick and Morty. Mniej czytania, więcej oglądania 😉

https://www.facebook.com/RickandMorty

rm

Źródło: http://wallpapersboom.net/rick-and-morty/

Dobić dziada – komiks

Jestem fanem Jakuba ale ostatnie produkcje nie były już tak udane jak niegdyś. Przekombinowane i przeintelektualizowane :) Zawsze jednak wrócę do jego przygód, jeśli pojawią się nowe. Ostatnio sięgnąłem po komiks Dobić dziada. Pana rysownika znam z ilustracji do książek Pilipiuka o Wędrowyczu i lubiłem oglądać grafiki Łaskiego. Po prostu pasują do opowiadań. Byłem zatem ciekawy, czy da radę machnąć komiks i jak mu to wyjdzie. Cóż…Wyszło jak wyszło ale po kolei.

d

Rozpocznę od mocnego wejścia! A tak. Komiks graficznie jest niezły i trafia w moje spaczone czasem i książkami gusta. Kreska chybotliwa, niechlujna, kolory nocno-grobowe, momentami komiks aż odrzuca. Tutaj trochę przypomina klimatem staroć Zbyt długa jesień z magazynu Fan. Łatwo się domyślić, że jest dobrze! Jakub trochę odjechany z nakryciem głowy a Semen nijaki ale poza tym jest ok.

d2

d3

W porównaniu z ilustracjami do książek styl jest lekko zmęczony. Nie wiem czym jest to spowodowane ale wierzę, że było zamierzone. Pomysł z gazetką i wmontowanymi opowiadaniami również fajny ale…pojawia się niepokojące niczym jesienny wiatr stukający o dno butelek pytanie, czemu miało to niby służyć? Do kogo właściwie jest skierowany komiks? Do wiernych fanów, którzy skuszą się na komiks? Czy do nowych czytelników? Śmiem twierdzić, że odpowiedź jest jedynie słuszna, prawidłowa i trafna – wybierajcie bramkę nr 2.

d4

d5

Czytelnicy znający już Wędrowycza poza krótkim komiksem nie znajdą niczego dla siebie. Komiks jednak jest dobrym prezentem dla osób, które nie miały do czynienia z „ruralną twórczością” Pilipiuka – jest komiks, są opowiadanka, można się zanęcić, zachęcić i zacząć czytać książki. Trzeba dobić dziada i napisać jeszcze o wadach: za długie dymki, ponoć cena gdy wychodził i scenariusz. Komiks jest dosłowną i prostą kalką z książkowych przygód, skrótem skrótu. Niezupełnie o to chodzi w komiksie…

d6

Nie byłbym aż tak drastyczny w ocenach jak mój znajomy, który stwierdził, że najlepsza z komiksu jest okładka ale z pewnością Wędrowycz dymkowo-kreskowy mógłby być lepszy – jeszcze jest Zabójca do oceny. Wiem, że fani wszystko kupią ale bez przesady :) Dobić dziada jest idealnym przykładem jak da się zepsuć pomysł wykonaniem.

Monografia Rosińskiego

Tytuł wydaje się być zwodniczy ponieważ książka monografią nie jest. To wywiad-rzeka i krótsze wywiady z przyjaciółmi grafika, rysownika, ilustratora. Są wśród nich wydawcy, scenarzyści, rysownicy. Osoby, z którymi G. Rosiński zetknął się w swoim życiu i z pewnością wpłynęły na niego (w różny sposób) a on na nich. Nie wiem czy jest sens pisać o Rosińskim – prawdopodobnie każdy względnie zainteresowany fantastyką ma o nim pojęcie a z pewnością każdy kojarzy go z Thorgalem 😉

g1

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/patrick-gaumer/grzegorz-rosinski/recenzja

Książka wydana jest bardzo elegancko, albumowo, w wersji nietypowej formatem ale i wagą. Z pewnością mogłaby być niezłym narzędziem obronnym – wiadomo! wiedza waży. Czyta się jednym tchem. Mamy wstawki z dzieciństwa (biorę Verne’a), powody zainteresowań kreską i artefakty (nietypowe, trzeba przyznać). Część poświęcona studiom i wytworom jest średnia ale za to fragmenty dotyczące tego, co robił Rosiński zanim został znany z tego, że „to ten od Thorgala”, są bardzo interesujące. Nie będę zdradzał, co dokładnie ilustrował, rysował czy do czego, mówiąc ogólnie, przyłożył rękę – w każdym razie jest to nad wyraz zaskakujące!

g2

g3

Oczywiście, mamy też wątki tematyczne o najbardziej znanych seriach ale też i o malarstwie oraz kwestie rodzinne (w tym o żonie). Parę razy Rosiński potwierdził moje przewidywania, co do głębokiego zanurzenia w przyrodzie i historii – co zresztą widać w jego twórczości doskonale. Pojawia się i kwestia serii Polcha wg Dänikena – Ekspedycja. Bogowie z kosmosu. Przyznam, że może i lepiej, iż Rosiński nie sfinalizował rozmów…Nie dlatego, że jest to złe ale trochę przekombinowane. Niemniej, dalej okazuje się, że były i kolejne próby do podobnej – o wiele bardziej udane.

g4

g5

gr

Osobiście „odkryłem” Rosińskiego pacholęciem będąc, zapomnianym już nieco cyklem Pilot śmigłowca (już wiem dlaczego po 5 części spisałem na straty), potem wygrzebałem zakurzonego Żbika, Legendy polskie (mroczne!), Thorgala i Yansa i jakiś obdarty Relax. Nie mogę nie wspomnieć również komiksu związanego z Janem Wolskim i Emilcinem!

g6

g7

Słabości albumu? Gaumer mógł jednak bardziej drążyć, także w stronę anegdot a graficzny sposób przekazu jest dyskusyjny – odpowiedzi Rosińskiego są widoczne, pytania niestety już mniej… Nie zmienia to jednak faktu, że pozycja jest z cyklu obowiązkowych na półce m.in. za wydanie i zestawienie na końcu – gdzie i co. Ułatwia szukanie nie tylko fanom :)

g8

g9

Wiedźmin 3, czyli wrażenia z wędrówki po Velen, Skellige i okolicach

Wiedźmin 3

3 miesiące grania, ponad sto godzin na liczniku. Tyle zajęło mi ukończenie jednej z najlepszych (o ile nie najlepszej, czekam na Fallout 4) gier tego roku. Dało się to zrobić na pewno szybciej, ale ciężko odmówić sobie przyjemności odkrywania tego niezwykłego świata, tak szczegółowo przygotowanego i przedstawionego. Czytaliście na pewno recenzje, widzieliście zachwyty na tą pozycją – nie będę więc oceniał, uzasadniał, rozbierał na czynniki pierwsze, każdy już wyraził swój zachwyt i ja całkowicie go podzielam! Nie mogę się jednak powstrzymać by nie napisać, czym najnowszy Wiesiek mnie zachwycił, zmiażdżył, a czym z lekka wyprowadzał z równowagi.

gongontroll

Co jest najmocniejszą stroną trzeciej części Wiedźmina? Bez cienia zastanowienia – narracja i scenariusz. Sposób opowiadania historii i przedstawiania świata to poziom uberświatowy, totalnie zniewalający! Wątek główny to w końcu spójna historia, mocno angażująca emocjonalnie. Była to zawsze mocna strona tej serii, ale każda jej część miała też swoje mankamenty w tej materii. W pierwszej jak dla mnie mocno odstawała końcówka, miałem wrażenie że była robiona w naprędce, a w trakcie całej przygody skakało też tempo i brakowało płynności. W drugiej części historia była spójna, ale za to w mojej ocenie mniej interesująca, była tez bardziej uniwersalna, mniej w niej było specyficznego, „słowiańskiego” klimatu, powiedziałbym wręcz że mogła by się odbyć w dowolnym świecie fantasy – jakby zgubiono trochę ducha Sapkowskiego.

Trzecia część pozbawiona jest tych wad, mamy ciekawą historię, znakomicie opowiedzianą, do tego w przekonującym świecie, który tak wiele osób lubi. I który sprawia wrażenie żywego, zmiennego, reagującego na to co dzieje się dookoła. Historia wciąga jak diabli i obfituje w nawiązania tak do samego wiedźmińskiego cyklu, jak i do innych zjawisk z popkultury – autorzy podgryzają nawet mało subtelnie konkurencję!
Ale najistotniejszy jest tu wątek główny, potraktowany naprawdę serio i dojrzale. Nie będę oczywiście zdradzał szczegółów fabuły, bądźcie po prostu gotowi na pełną emocji przygodę! Nie jest ona co prawda zbyt odkrywcza i mamy tu pewien schemat (wielki zły i ratowanie świata, yep!), ale wierzcie mi, to jak stworzone są postacie, jak ze sobą rozmawiają oraz decyzje, jakie gracz musi podjąć – to wszystko skutecznie angażuje nas w tę historię i pozwala zapomnieć o jej wtórności. Naprawdę nie sposób nie zżyć się z postaciami i nie „wczuć” się w całą tę opowieść. Wszelkie nagrody jakimi został W3 obsypany, są w tej kategorii naprawdę uzasadnione – ze szczególnym wskazaniem na to co dzieje się w Velen.

mamogeralt

gdziestamkon

Mamy więc świetnie przedstawioną historię, ale co dalej? Grafika oczywiście powala na kolana, nie ma co się na ten temat rozpisywać, od siebie dodam tylko jedną rzecz – imponujące przywiązanie do detalów, czy to w strojach postaci, czy w elementach scenografii. Udźwiękowienie to też najwyższa półka, dialogi nagrano przekonująco – i z obowiązkową dawką humoru. Absolutnie genialna jest muzyka! To że dostosowuje się do sytuacji to już standard, ale to po prostu znakomite utwory, aż chce się wskoczyć na łódkę i popływać, tylko po to by usłyszeć temat przewodni z tym związany (nie no, na szczęście soundtrack jest też udostępniony osobno).

Kolejny atut to zadania poboczne – a jest ich w grze OGROMNA ilość, serio – jest tego naprawdę dużo. Udało mi się ukończyć wszystkie zlecenia wiedźmińskie oraz znaleźć cały ekwipunek składający się na sprzęt tej profesji, ale mimo wszystko na mapie w dalszym ciągu mam dziesiątki znaków zapytania. Fakt – większość z nich to siedliska potworów, albo bandyci, ale możemy tam również natrafić na inne przygody. Świat w grze jest naprawdę sporych rozmiarów i jest on mocno urozmaicony. Jest co zwiedzać i co podziwiać.

pierunzamtuz

wojowoda

Nie byłbym jednak sobą, gdybym do czegoś się nie przyczepił. Co mi się zatem nie podobało? Wymienię 3 mankamenty, z których istotny jest tak naprawdę jeden, reszta to raczej nieduży kaliber.
Największy zarzut z mojej strony to poziom trudności – co tu kryć, gra nie jest wielkim wyzwaniem. I nie chodzi o walki – moim zdaniem ten element został sprawnie wymyślony, czujemy siłę naszej postaci i wymiatamy mocno (grałem na przedostatnim poziomie trudności i większych problemów nie miałem, w zasadzie tylko przedostatni „boss” dał się we znaki na dłużej niż parę minut) – możemy tez bardziej skupić się na opowieści, zamiast targać wyczynowo pada/klawiaturę. Brakuje mi jednak pewnego urozmaicenia w zadaniach – jakichś zagadek czy to słownych czy bardziej abstrakcyjnych, angażujących pamięć czy dedukcję. Niestety, większość zadań, kiedy obedrze się je ze znakomitych dialogów i fabularnej otoczki, polega na włączeniu „wiedźmińskich zmysłów”, dzięki którym znajdujemy trop, używamy go, idziemy po śladach gdzieś, gdzie jest kolejny, aż w końcu dotrzemy do rozwiązania. Nie daje się to jakoś mocno we znaki, gdyż jak podkreślam kolejny raz, wszystko jest idealnie przedstawione i „łykamy” kolejne zadania z zachwytem, dopiero po jakimś czasie widać, że trochę jesteśmy oszukiwani (ale za to w świetnym stylu).
Wyzwaniem nie jest też ciekawie pomyślana gra w Gwinta, który zastąpił obecne we wcześniejszych częściach kości – problem w tym, że przeciwnicy grają naprawdę cienko, wręcz głupkowato i jak tylko zdobędziemy lepsze karty – gra przestaje być ciekawa.

Rzecz, a właściwie sprawa druga – koń Wiedźmina, czyli Płotka. Kto grał ten wie o co chodzi (czy też biega/kłusuje). No naprawdę, szlag człowieka trafia gdy kolejny raz nie radzi sobie z jakąś nierównością terenu. Jeżeli chcecie oszczędzić sobie nerwów, nie bierzcie konia w góry! Omijajcie też mosty i przeprawy wodne! Coś wyraźnie nie gra w sposobie poruszania się i sterowaniu naszym wierzchowcem, choć i tak jest lepiej z każdą kolejną „łatką” – więc może ten problem niedługo przestanie być aktualny.

Ostatnia sprawa (coraz mniej aktualna) to błędy, choć ich ilość maleje w imponującym tempie, to jednak gra czasem potrafi się zawiesić, albo wyświetlać złe tekstury, bądź dziwne animacje. Powoli przestaje już chyba kogokolwiek dziwić to, że gra w chwili premiery dostaje patcha – więc na tle konkurencji Wiedźmin nie odstaje, tylko dostosowuje się do sytuacji na rynku.

trissswieca

gory

Czy Wiedźmin to gra roku 2015? Na tę chwilę na pewno tak, dla mnie wszystko rozstrzygnie się wkrótce po premierze najnowszego Fallouta. Jestem niemal pewien, że produkcja Bethesdy nie przebije dziecka CD REDów pod względem fabuły i kreacji postaci, ma jednak spore szanse w wielkości świata, jego urozmaiceniu oraz dostosowywania ekwipunku i wyglądu własnej postaci (to ostatnie mnie akurat nie kręci). Z całą pewnością ukończę jeszcze nie raz Wiedźmina 3, by podjąć inne decyzje i zobaczyć inne zakończenia, bo na razie wiem o dwóch (żona wybrała nieco inną drogę, hehe). Oraz zwyczajnie po to, by znowu poczuć klimat, jaki naprawdę rzadko udaje się stworzyć w grach komputerowych!

PS. Z nieistotnych ciekawostek – mój znakomity szwagier miał okazję niedawno poznać dziewczynę, która odgrywała w motion capture ruchy postaci kobiecych z Wiedźmina. Tak, podobno sceny erotyczne były odgrywane z partnerami! 😀 Tyle dygresji, czas się zabrać za dodatek – „Serce z kamienia”!