Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

Odlotowe okładki

Rola okładki w procesie sprzedaży jest niebagatelna. Dobra i frapująca okładka przyciąga uwagę i zachęca do kupna. Ale często okładka bywa dość przypadkowa, nijak nie komponuje się z treścią książki a nawet odstrasza potencjalnego czytelnika. Smutne, ponieważ zazwyczaj pozycja z „odjechano-pojechaną” okładką jest wartościowa a ląduje w koszu za parę złotych czy w zakurzonym kącie piwnicznym, czekając na lepsze czasy lub kiermasz, gdzie fan ją nabędzie.

W fantastyce jest podobnie. Różnica polega na tym, że w fantastyce uchodzi więcej, także wizualnie, bo w powszechnym odczuciu parających się „wyższą literaturą”, w domyśle: bardziej poważną (niestety, nadal istnieją takie głupie skojarzenia), fantastyka od początku była niesfornym dzieckiem literatury jak kryminały czy romanse. Na szczęście ludzie mają własne zdanie i czytają bez zdawania się na głosy zdziwaczałych autorytetów z delirką…Czytanie fantastyki nie jest i nie powinno być powodem do wstydu, nawet jeśli niektóre okładki są, hm, artystycznie indyferentne.

https://tzzad.wordpress.com/2012/12/11/60-13-najgorszych-okladek-phantom-press/

Planeta Spisek czy Kane wręcz nastrajają melancholijnie…

Zasłużone wydawnictwo i jakże piękne egzemplarze! Przyznam, że sam mam kilka więc nie będę ich prezentował. Pokażę za to inne, które moim zdaniem są fantastycznie wręcz, właśnie, jakiego słowa użyć…Niech będzie, fantastycznie zapadające w pamięć.  W końcu, o gustach się nie dyskutuje. Być może nasi wydawcy stwierdzili, że wyposzczony czytelnik weźmie wszystko (sporo chłamu wydano na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku) jak leci albo twórczo nawiązywali do klasycznych pulpowych magazynów – wiadomo, heros, paskudni kosmici, statki, spodki, pani niekompletnie ubrana i kolorowe czcionki.

ok

Nie wyrzucać potworzaków ani nie drzeć! Odkurzyć i chwalić się nimi na spotkaniach. Kawał historii, nawet jeśli bywała ona kiczowata czy straszna (istnieją okładki tak niebywale straszne, że lepiej odwrócić książkę) 🙂

Star Wars

gw

Legenda, klasyka, mit, historia, która pobudza od trzech dekad; historia, którą zna każdy; wyznacznik czasów, w których powstały Gwiezdne Wojny. Historia dwójki bliźniąt, tragedia ich ojca, a także ponadczasowe przesłanie o wartości Republiki nad skrajnie rozumianą ideologią jedynowładztwa rodem z Roku 1984 George’a Orwella. Kto nie zna, musi poznać. Kto zna, zgodzi się, że Gwiezdne Wojny, w szczególności Epizody IV, V i VI wpłynęły na świat, popkulturę oraz fantastykę. Nie piszę o książkach, których powstała niezliczona ilość, piszę o filmach którym składam pokłon.

Zacznijmy może od początku który jest…środkiem całej epopei losów JEDI w Galaktyce. Pierwszy film o losach Luke’a Skywalkera wszedł do kin w roku 1977 – wtedy jeszcze nikt nie podejrzewał, że Star Wars staną się produktem przynoszącym wielkie zyski. Nowa Nadzieja była autorstwa Alana Dean Fostera, któremu George Lucas zlecił napisanie książki. Harrison Ford, który był cieślą nie przypuszczał, że film będzie stanowić dla niego wejście do świata show-biznesu.

Księżniczka Leia, córka królowej Breha Organa i Baila Organa ucieka przed pościgiem wysłanym przez Imperium. Szlachetnie urodzona, wychowana w duchu Republiki, przewozi w pamięci robota R2D2  plany Gwiazdy Śmierci, wielkiej stacji kosmicznej mogącej zniszczyć całą planetę (to ta sama Gwiazda Śmierci, którą amerykańscy studenci chcieli zbudować by zniwelować bezrobocie na świecie). Nie mogąc wydostać się z pościgu wysyła dwa roboty na pobliską planetę Tatooine, na której żyje mędrzec Obi Wan Kenobi, stary Rycerz Jedi, zakonu który już nie istnieje, a kiedyś bronił Republiki. Roboty w zawiły sposób dostają się do rodziny farmerów i ich przybranego syna Luke’a Skywalkera. Tak w skrócie zaczyna się epopeja, która zmieniła kino, świat i po części następne pokolenia i zmienia je cały czas.

Część druga, zatytułowana Imperium Kontratakuje, weszła do kin w roku 1980 i opowiada o zemście Imperium nad Rebelią.

Część VI, która trafiła do kin w 1983 roku to historia walki Imperium z silną i zespoloną Rebelią.

Piszę pokrótce, gdyż nie chcę spoilerować drogiemu Czytelnikowi historii zawartej w filmach. Zachęcam do obejrzenia filmów całej Sagi i seriali, których powstała znaczna ilość, pogrania w gry komputerowe, poczytania komiksów i książek.

Prawa do Gwiezdnych Wojen, które Disney Company kupiło za 5 miliardów dolarów to nie tylko filmy, książki – to cała kultura, religia Yedi, która jest oficjalną religią światową, to fani którzy na całym świecie przeżywają na nowo losy rodziny Skywalkerów.

Pojedynek z Abrą

a

Christa. Janusz. Klasyk polskiego komiksu. Legenda. Piewca Słowian i polskiej historii 😉 Jeśli ktoś nie czytał opowieści o Kajku i Kokoszu a później o Kajtku i Koko, niech nadrabia zaległości ponieważ…po prostu warto.

o8

Dobra kreska, opowieść i bohaterowie a nad wszystkim unosi się niezapomniany (i kolorowy chociaż paski bywały czarno-żółte) opar humoru. Obecnie, mimo dobrej roboty Egmontu, komiks nieco zapomniany chociaż z pewnością nadal znajduje swoich odbiorców (nie tylko na fali sentymentalnej). Posiadając większość komiksów Christy ze starych wydań i porównując z nowymi nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś mocno „nadkoloryzował” nowe paski a może to tylko kwestia przyzwyczajenia? W przyszłości zamierzam skompletować nowsze wydania

https://sklep.egmont.pl/f/janusz-christa:1617,e,7/

(coraz bardziej rozrastające się) a na razie zajmijmy się Pojedynkiem z Abrą (wydawnictwa Adarex).

Na blogu, który polecam, znajdziemy informacje o Pojedynku:

„Kajtek i Koko w krainie baśni” ukazywał się w Wieczorze Wybrzeża od 5 lutego 1963 do 25 marca 1964. Komiks liczył 348 pasków i był kilkakrotnie przedrukowywany. W 1982 roku przypomniał go czytelnikom macierzysty Wieczór, a rok później Kurier Podlaski. W roku 1991 spółka Adarex (czyli Janusz Christa & Adam Kołodziejczyk) wydała w kolorze album „Pojedynek z Abrą” zawierający 120 odcinków z samej końcówki historyjki.”

http://na-plasterki.blogspot.com/2012/04/w-krainie-basni.html Dostaliśmy zatem fragment opowieści. Dopóki nie zerknę na nowsze wydanie nie napiszę o różnicach i będę polegać na opinii „christologów” 🙂

O czym jest komiks? W skrócie, o starciu dwóch wszechpotężnych sił magicznych: nowoczesnej technologii (chociaż komiks ma już swoje lata i ta nowoczesność trochę się zestarzała…) z klasyczną magią. Magia wyjałowiona z klimatu kontra magia klimatyczna z całym arsenałem paskudnych sztuczek.  Jak podają na blogu (http://na-plasterki.blogspot.com/) fachowcy od Christy:

„Komiks zaczyna się w momencie gdy Kajtek i Koko, testując nowy wynalazek profesora Kosmosika, a mianowicie aparacik do przesyłania przedmiotów na odległość, przenoszą się do świata baśni. Opowiastkę można podzielić na dwie części. W pierwszej Christa w typowy dla siebie humorystyczny sposób przekręca popularne bajki, wplatając w nie naszych bohaterów. Jest więc Jaś i Małgosia, trzy świnki, brzydkie kaczątko, złota rybka, śpiąca królewna i (chyba najlepszy) Czerwony Kapturek z babcią a la Pudzian. W drugiej części Christa, któremu skończyły się pomysły na kolejne przeróbki, skonfrontował Kajtka i Koka z terroryzującym okolicę, potężnym czarnoksiężnikiem Abrakadabrą, w skrócie Abrą.”

Historia początkowo niezwykle zabawna, staje się coraz bardziej mroczna a nawet smutna. Atmosfera gęścieje, trupów nie ma – nawet Abra zniknął ekologicznie, po cichu – golizny również (no chyba, że pod uwagę weźmiemy końcówkę komiksu ze znikaniem efektów czarów Abry) a bohaterowie dają sobie radę z czarnoksiężnikiem pomimo wpadek. MacGyver mógłby się uczyć zaradności! Rzecz jasna, bez profesorka byłoby o wiele gorzej…A puenta i odczarowanie postaci są nieco zaskakujące, biorąc pod uwagę powroty do ich prawdziwych stanów. Ale, ale…dość słów. Sami przeczytajcie i oceńcie.