Sagitta-senpai – Nasze pierwsze anime.

The origin stories of three great otakus, who wander across the anime fandom.

Rudra

Dawno temu, kiedy istniał jeszcze Jetix, a nawet Polsatowi zdarzało się emitować bajki, anime w polskiej telewizji było czymś normalnym. Pokemony zawsze były spoko, ale nigdy ich jakoś bardzo nie lubiłem, Naruto nie oglądałem bo była tam trudna fabuła i nie chciałem wskakiwać w jej środek bez znajomości początku który mnie ominął (teraz to głupie, ale wtedy tak myślałem :v), ale jedna bajka absolutnie skradła moje serce. Król Szamanów był po prostu zajebisty. Byli szamani, był turniej, który miał wyłonić ich króla, a główny bohater miał przodka, który powrócił w ciele jego brata i był bardzo zły więc trzeba było go powstrzymać. I jedziemy, ponad 60 odcinków akcji, humoru, wzruszeń, i wszystkiego czego potrzebuje każdy mały chłopiec. Do tego Yoh Asakura, główny bohater, to uosobienie określenia „easy-going”, dzięki czemu nadal jest dla mnie wzorem do naśladowania.

Później dowiedziałem się że ta cudowna bajka to anime, czyli taka bajka z Japonii. Odszedłem od telewizora, usiadłem przy komputerze, i zacząłem oglądać tego więcej, już ze świadomością czym są animce. Obejrzałem kilka rzeczy których nie pamiętam, obejrzałem Vampire Knighta i nawet mi się spodobał bo byłem szczylem, ale prawdziwy mesjasz przyszedł dopiero później. Najważniejszy moment w moim byciu otaku był pod koniec podstawówki. Pytałem ludzi w sieci jakie anime są fajne, co obejrzeć, i ktoś w końcu powiedział: „obejrzyj Bleacha”. Wtedy się zaczęło. Binge-watching po kilka, kilkanaście odcinków dziennie. Możliwe że spowodowane było to podobieństwem do Shaman Kinga, bo w obu seriach bardzo ważne są duchy, a i archetypy postaci powtarzają się w shonenach. Do tego Bleach, jak na shonena, jest bardzo brutalny, więc wydawał mi się bardziej dojrzały. Co zabawne, nigdy nie obejrzałem go do końca. Z tych 366 odcinków obejrzałem trochę ponad 200, i przerwałem bo zacząłem kupować mangę i nie chciałem sobie spoilerować.

Jeszcze jakoś w międzyczasie, na pewnej stronie z filmami online, trafiłem na dwa filmy Studia Ghibli które już absolutnie przypieczętowały moją miłość do kultury japońskiej. Nie pamiętam w jakiej kolejności je oglądałem, bo oba seanse były bardzo blisko siebie, pamiętam za to że na początku bardziej podobał mi się Ruchomy Zamek Hauru, i dopiero po latach stwierdziłem że Spirited Away jest jednak lepsze. (ciekawocha: teraz widziałem już większość filmów Ghibli, i dużo innych pełnometrażówek, i nadal Spirited Away jest jednym z najlepszych anime jakie widziałem)

harpiaa

W oczach wielu fanów anime, czasy, w których zasiadali codziennie przed telewizorem, żeby obejrzeć kolejny odcinek ukochanej kreskówki (największe mądrale nawet wiedziały, że to jest tajemnicze „anime” i jest gdzieś z dalekiego wschodu) zadecydowały o wyborze hobby. Dzięki paru anime oferowanym przez RTL7, Polsat czy Hyper sporo osób zainteresowało się tematyką i stworzyło podwaliny pod bardzo prężnie rozwijający się polski fandom. W przypadku autorki tego tekstu, która urodziła się trochę za późno, by świadomie nacieszyć się złotym okresem Japonii w polskiej telewizji, znaczną rolę odegrał Internet i różne pirackie CD z tasiemcowymi seriami.

Trudno mi dokładnie określić, które anime obejrzałam jako pierwsze, wskażę więc te, do których żywię najsilniejszą nostalgię. Pierwszym będzie – nomen omen – gigant, jakim jest „Dragon Ball”. Przyznać się, kto próbował odprawiać kamehamehę (i prawie, prawie się udawało) we własnym pokoju? „Dragon Ball” to kultowy shounen, trochę idiotyczny w porównaniu z nowszymi tytułami, zdecydowanie za długi, autorzy wyraźnie nie wiedzieli, kiedy przestać robić sequele, ale co z tego, kiedy jest tak przezabawnie i zajmująco? Bitwy ciągnące się w nieskończoność, kolejne turnieje, nacisk na przyjaźń, podkreślenie wartości ciężkiej pracy – DB to shounen w czystej postaci, ale taki, który mimo upływu lat nie traci swojej wartości. Wciągająca historia od zera do bohatera potrafi wycisnąć niejedną łzę, kolejny gag powoduje niekontrolowany wybuch śmiechu, a przeciwnicy, mimo że często celowo przerysowani, z łatwością zapierają dech w piersiach widzom. Może właśnie dlatego „Dragon Ball” dla wielu było początkiem w łańcuchu zdarzeń, który doprowadził do tego, że godzinami siedzimy na animenewsnetwork analizując każdy piksel w nowych zdjęciach filmowej adaptacji „Ghost in the Shell”.

Jednak mi – jako małej dziewczynce – niełatwo było aż tak utożsamić się z Songo, który pragnął się najpierw pobić, a później najeść do nieprzytomności. I tu pojawia się cudowny fenomen, jakim była i będzie, trochę obecnie moim zdaniem niedoceniana „Czarodziejka z księżyca”. Anime o przygodach magical girl, zwalczającej zło „w imię miłości”. Usagi jest o tyle różna od ówczesnych animowanych heroin, że niekoniecznie jest najbardziej wdzięczną istotą pod słońcem, woli raczej zjeść jeszcze jedną babeczkę niż wyjść pobiegać, słucha godzinami muzyki i audycji radiowych, a przede wszystkim – znalezienie księcia traktuje raczej drugorzędnie w porównaniu do przyjaźni ze swoim ukochanym „gangiem”. Na ów „gang” składają się sylwetki oryginalnych, charakternych dziewczyn, które łamią wszelkie stereotypy, zawsze są gotowe pomóc towarzyszce, a za ważną sprawę są w stanie oddać nawet swoje życie („Sailor Moon” nie bało się tematu śmierci, przez co oglądanie serii może wywołać szok współczesnego widza, przekonanego o niewinności sailorek). Niemal każdy odcinek serii zawiera ważną lekcję dla młodszych lub ważny komentarz o problemach japońskiego społeczeństwa dla starszych. Wpływ, jaki miał na wiele młodych dziewczyn seans anime o walce ze złem grupy ich rówieśniczek jest nie do przecenienia. Dziewczyny mogą i sprawnie kopać tyłki, i lubić ładne sukienki – oto jeden z morałów, jaki ofiaruje „Czarodziejka z księżyca”. Myślę, że to właśnie dlatego „Sailor Moon” zajmuje pierwsze miejsce w moim sercu i to dzięki pewnej przeuroczej dziewczynie w dwóch kitkach piszę te słowa.

Cerber

Kiedy mówimy o pierwszym anime zapewne każdy z nas prędzej czy później, będzie wspominał z uśmiechem swoje ulubione animacje z okresu dzieciństwa. Kiedy z niecierpliwością wyczekiwało się kolejnego odcinka serii, będąc czy też nie będąc świadomym, że ma się do czynienia z japońską produkcją. Więc jeśli miałabym być szczera, nie pamiętam mojej pierwszej serii, za to mogę spokojnie wymienić kilka, które zapadły mi w pamięć z okresu nieświadomości. Niewątpliwie jedną z nich będzie całkiem popularna produkcja „Król Szamanów”, do której mam dość spory sentyment. Nie mogę też się wyprzeć znanych Pokemonów i pierwszej serii Naruto, które niewątpliwe gościły w repertuarze mojego dzieciństwa. Wymieniłabym jeszcze z chęcią takie klasyki jak „Dragon Ball”, „Sailor Moon” i wiele innych, ale nie mam zamiaru zbytnio przedłużać. Przechodząc do serii, które obejrzałam już z całkowitą świadomością, to chyba najuczciwiej będzie powiedzieć, że pierwszą był „Death Note”, który dla mnie pomimo wielu opinii pozostaje świetnym anime i pokusiłabym się, żeby nazwać go klasykiem. Nasz kochany główny bohater z kompleksem boga na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Choć może to zabrzmi trochę niestosownie, ale miałam niezły ubaw, oglądając tę serię i wiele momentów rozbawiło mnie do łez. Trzymając się tych pozytywnych odczuć wzięłam się z inne animacje i jak na razie nie żałuję.

Tak, nie mamy życia towarzyskiego.

2 myśli nt. „Sagitta-senpai – Nasze pierwsze anime.

  1. JPawello

    Sporo bajek się zestarzało (tak jak my!), sporo wywołuje uśmiech politowania ale nadal jest sporo takich, które się bronią (humorem, postaciami, oryginalnością) po latach. Dla mnie taką bajką są Tajemnicze Złote Miasta 🙂 Kto wie, może ta właśnie bajka miała większy wpływ na moje wybory życiowe niż porady starszych itd.

    Odpowiedz
  2. gal0n

    Tacy młodzi, a ich na wspominki wzięło 😛 Nie no, bardzo fajny wpis, aż mi się przypomniały te wszystkie Tsubasy, Daimosy, Dragonballe i Sailory (których nie oglądałem, bo oglądała siostra, a to taki był głupi wiek, że się nie oglądało tego co młodsze rodzeństwo). Najpierw zdziwiłem się, że jakaś seria ma ponad 200 odcinków, ale zaraz sobie uświadomiłem, że przecież Star Treki też setkę przekraczały, a serii było kilka i się oglądało… Także chyba też bym mógł się podpisać pod tą uwagą o życiu towarzyskim xD

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *