Archiwa tagu: hard

O wyższości niemożliwego nad nieprawdopodobnym…

…czyli słów kilka o hasłach żeby nie było nudno w nowym roku. Każdy kto chociaż zetknął się (nawet na sekundę) z sajensfikszynami po pewnym czasie zastanawia się, ale o co w tym wszystkim chodzi. Nauka i fikcja hm…po polsku, fantastyka naukowa. Idąc po najmniejszej linii oporu tudzież po linii najmniejszego oporu czy po prostu, na łatwiznę, stwierdzamy, że mamy fantastykę i już! Koniec i kropka. Sięgamy aż do początków ludzkości i problem z głowy. Niestety, po drodze zgubiliśmy naukowość chyba, że Epos o Gilgameszu potraktujemy jako podróż po dziwnych krainach z robotem pod pachą 😉 Przekładając na nasze poszukiwanie tajemnicy nieśmiertelności otrzymujemy klasyczny leitmotiv science fiction -> cudowny wynalazek.

sf

Bardziej ambitnie stawiamy na piedestale Gernsbacka i…cześć. Problem załatwiony. Ewentualnie wrzucamy do wora beletrystyka naukowa z receptą 75% literatury, 25% nauki…

http://encyklopediafantastyki.pl/index.php/Science_Fiction_-_pojęcie

„Polski termin „fantastyka naukowa” jest mało precyzyjnym tłumaczeniem terminu angielskiego. Jego zakres nie pokrywa się z zakresem określenia „science fiction”. W języku angielskim wyraz „science” oznacza przede wszystkim nauki przyrodnicze i techniczne. Z tego powodu polski termin ma zakres szerszy i dzięki temu lepiej oddaje istotę zjawiska, które współcześnie bardzo mocno poszerzyło skalę swoich tematycznych zainteresowań i odeszło od pierwotnych przyrodniczych i technicznych inspiracji literackich.

Z drugiej zaś strony „science fiction” ma zakres o wiele szerszy, niż jego polski odpowiednik. „Fiction” oznacza bowiem nie tylko fikcję, fantazję, zmyślenie, ale także beletrystykę, utwory powieściowe. Tak więc, gdyby opierać się tylko na znaczeniu wyrazów wchodzących w skład terminu, można by powiedzieć, że „science fiction” oznacza zarówno fantazjowanie w obrębie nauk przyrodniczych i technicznych, wąsko wyspecjalizowaną odmianę fantastyki naukowej, jak i beletrystykę realistyczną o życiu i pracy uczonych przyrodników, o ich koncepcjach naukowych i technicznych zastosowaniach niekoniecznie o charakterze fantastycznym.”

…lub pozostajemy przy podziale science fiction (hard scifi), horror (groza), fantasy.

Aby nie było za łatwo trzeba dodać, że wielu wolało termin „scientific fiction”, czyli właśnie zahaczamy o beletrystykę, co przecież ma sens. Bywały także określenia typu „invention stories”, czyli wynalazek w tle; „off-trail stories” (opowieści spoza szlaku), „impossible stories” (historie nieprawdopodobne), „different stories” (inne opowieści), „pseudo-scientific stories” – bardzo trafna diagnoza 😀 Nie wchodząc specjalnie w zagadnienia terminologiczne i nie przesądzając o ich celowości dorzucę jedynie, że nazwy opisowe w stylu „romanse /tłumaczenie zamierzone/ na innych planetach”, „opowieści o zadziwiających wynalazkach”, „opowieści o przygodach w przyszłości” mają przyjemny klimat i lekko trącą sentymentalną nutką.

Ot, na przykład „voyages extraordinaires” (w innej wersji „voyage excentrique”) J. Verne’a to przecież…”scientific romances” czy „scientific fantasies”. Głupio się przyznawać do romansów w fantastyce naukowej ale na szczęście chodzi o powieści czy nowele. Określenia typu „highly imaginative stories”, „weird-scientific stories”, „structural fabulation” jakoś się nie przyjęły ale np. już „scientifiction” poszło w znanym nam kierunku i „scifi” już mogło się rozpychać na arenie dziejów chociaż…po piętach deptał (i nadal depcze) termin „speculative fiction.” Zauważcie, że wszędzie SF.

Dzisiaj, obojętnie jak nazwiemy (fantascienza, utopische Romane, naucznaja fantastika) miły naszemu oku gatunek literacki czy filmowy (tutaj niestety uważający się za lepszych powątpiewają nadal…) wiemy mniej więcej, co zawiera. I to jest najważniejsze. Pewne jest także to, że bez rewolucji przemysłowej i umasowienia wielu wynalazków (np. mediów) nic nie byłoby takie jak wcześniej.

Trzeci najazd Marsjan

or

Fantastyka socjologiczna była kiedyś bardzo popularna. Ktoś powie – tak, była popularna bo nic innego nie było lub nie byliśmy w temacie zagranicznej fantastyki. Ktoś inny doda – była odbiciem czasów minionych i parawanem do politycznych aluzji i wycieczek. Złośliwcy stwierdzą, że wypaliła się po 1989 roku a obecnie nikt już tak nie pisze, czy wręcz czytelnicy nie mają ochoty „męczyć” się trudniejszymi kwestiami, skoro mogą łykać przyjemne czytadła a nie jakieś tam klasyczne, hard scifi 😉 Wszystkie stwierdzenia będą prawdziwe, stąd z pewną nieśmiałością sięgnąłem po książkę Marka Oramusa (jeden z wielkich zapomnianych!) pod tytułem Trzeci najazd Marsjan.

Początek jest dobry. Przyszłość. Rok 2032, coś blokuje nam fale radiowe i telewizyjne – kablówka i internet śmigają. Niebywała tragedia! Pojawiają się dziwne obiekty, nawiązany został KONTAKT (pan Tangel Ulosque, reprezentujący Ligę Pięciu występuje w TV zakłócając inne przekazy). Obcy są tak mili, że chcą spełniać nasze…zachcianki; ludzie wysyłają życzenia swoistą pocztą i otrzymują różne cuda (praktyczne). Ale, ale…po co naszym przemiłym gościom hm…materiał genetyczny. No i dlaczego Obcy nie rozwiązują innych, ważnych dla ludzkości problemów? Podobne pytania zadają sobie bohaterowie (przynajmniej niektórzy) Trzeciego najazdu Marsjan. I tu pojawiają się pierwsze wady książki – zbyt naiwne podejście, dłużyzny w środku i w zasadzie brak akcji. Zakończenie jest słabe (jeśli w ogóle tak można nazwać to COŚ).

http://katedra.nast.pl/artykul/5428/Oramus-Marek-Trzeci-najazd-Marsjan/

Co zatem przemawia za książką? Początek i rozwinięcie za środkiem, gdzie robi się duszno, mroczno i w ogóle straszno. Z pewnością wtręty socjologiczne czy nawet BWP (bardzo ważne pytania) o stan ludzkości i takie tam drobiażdżki. Temat dość oklepany, wykonanie całkiem zacne, chociaż moim zdaniem przegadane. W innej wersji, skróconej do publicystyki albo…rozszerzonej o wątki poboczne byłaby to bardzo dobra pozycja. A tak jest co najwyżej dobra. Pomysł był, styl jest, czego zabrakło? Konsekwencji i jednak szczegółów. Czuć w wielu miejscach „łebkowość” narracji. Czytać? Czytać! W zasadzie da się podciągnąć Trzeci najazd Marsjan pod postapokalipsę. A głupio nie przeczytać chociaż jednej książki z trącącej dziś myszką fantastyki socjologicznej…

http://slavosky.blogspot.com/2011/01/marek-oramus-trzeci-najazd-marsjan.html

„Nikt nie przewidział, że przylecą do nas na balonach.”

http://paradoks.net.pl/read/25196

„Pech w tym, że w przypływie wolnościowej euforii czytelnicy jakby zapomnieli o swoich dotychczasowych dostawcach futurystycznych marzeń i koszmarów. Miast tego zagłosowali portfelem na przedruki anglosaskiej fantastyki (nie zawsze zresztą wartych polskiej edycji), dostępnych dotąd w niewielkim wyborze, bądź też w postaci klubowych przekładów. Zalew tego typu produkcji do spółki z przekonaniem nowych rynkowych graczy, że czas polskiej fantastyki przeminął, sprawiły iż środowisko dotąd aktywnych twórców uległo przetrzebieniu w niemal tym samym stopniu co bataliony nieszczęsnych Kościuszkowców pod Lenino. Świadectwem chwały dawnych mistrzów zdawały się co najwyżej piętrzące się w antykwarycznych kątach sterty ich niegdyś rozchwytywanych publikacji.”