Archiwa tagu: polska fantastyka

XLII spotkanie Klubu Miłośników fantastyki „Sagitta”

Zapraszamy na czterdzieste drugie spotkanie Klubu Miłośników Fantastyki „Sagitta”, które odbędzie się w piątek, 21 kwietnia 2017 o godz. 17.30 w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu.

szm

Na spotkaniu będziemy omawiać twórczość gościa Soboty z fantastyką, pisarza Roberta J. Szmidta.

Meekhan Wegnera

Dawno, dawno temu w krainie fantastyki buszowały stwory mnogości z karłami przesytu. Obok nich krążyły czarodziejki-czytadła i wróże (nie, nie Macieje) kopiści. Rozumiecie zatem, że ciężko w takich warunkach znaleźć coś, co rzuca na kolana, miażdży, wstrząsa, miesza i w ogóle powoduje szokujące doznania na pograniczu szczęścia, jedzenia słodyczy, orgazmu itd.

Sceptycznie będąc nastawiony do wszelkich polecanek, nie spodziewałem się specjalnych delicji ale…parę lat temu sięgnąłem (z polecenia i 90% takich polecanek źle się kończy, książki okazują się być dość denne). Sięgnąłem, zaskoczony krainą i językiem i…zaczekałem. Długo bo jakoś w międzyczasie nie mogłem dorwać kolejnych tomów. Aż stał się cud i nastała światłość. Przeczytałem w jednym rzucie wszystkie cztery.

Czytaj dalej

Życie po apokalipsie – wywiad z Dominiką Węcławek

Fabryczna Zona powraca 😉 Dosłownie i w przenośni. W dodatku, ciągle wychodzą nowe pozycje (już po debiucie S. Nieściura). Jednym słowem – warto śledzić sytuację na bieżąco i zapoznać się czytając, szczególnie polskich autorów. A wśród polskich autorów jest Dominika Węcławek. I właśnie jej zadałem kilka pytań. A Dominika jest człekiem renesansu. Nie ma sensu wymieniać, gdzie pisała i czym się zajmowała (możecie wyguglać) – pewne jest to, że jej działalność jest godna szacunku, zarówno z punktu widzenia fana fantastyki, komiksów jak i muzyki…Ale, ale, co będę się rozpisywał 🙂 sprawdzicie sami.

Zazwyczaj pisarze wspominają, że ich akt twórczy jest niczym deszcz. Od kropelki do ulewy albo na odwrót a u ciebie?

Jak mówią słowa piosenki, deszcze są niespokojne, ponieważ na co dzień pracuję ze słowem i jako dziennikarz piszę dużo, muszę być zdyscyplinowana. Deszcz nie deszcz, mżawka, czy posucha, należy umieć zebrać myśli i ubrać je w słowa. Jeśli jest z tym kłopot, mam swoje sposoby. Problem z pisaniem książki jest inny – póki co tworzenie literatury jest moim hobby, które muszę odkładać na czas “przed” lub “po” pracy. Ponieważ ten czas dzielę jeszcze przez trzy, bo przecież jestem na tyle szalona, by wychowywać dzieci i prowadzić dom, wreszcie też sypiam nieco więcej, niż dwa lata temu, niekiedy muszę trzymać w ryzach swój literacki deszcz. Wychodzi więc na to, że mam niekiedy w głowie prawdziwe cumulusy gotowe tylko do wypuszczenia, ale muszę je ugłaskiwać czekając na właściwy moment. Kiedy jednak już siadam do pisania, po prostu płynę. Zanim jednak dopisuję kolejne strony, mam zwyczaj wracać do tego, co już jest napisane. I tu się zaczyna zabawa…

Czytaj dalej

Pisać sobą niezależnie od klimatów – wywiad z Marcinem Przybyłkiem

Kontynuując „wywiadowanie” gościmy Marcina Przybyłka, o którym ostatnio jest szczególnie głośno, z uwagi na „Orła Białego.” Ale zaraz sami zobaczycie, ile ciekawych kwestii autor porusza!

Która z Twoich książek osiągnie megasukces, a z której jesteś szczególnie dumny?

O, a dlaczego to oddzielać? Czy jeśli jeden z czytelników pisze, że powieść „Sprzedawcy lokomotyw” pomogła mu przetrwać bolesną chorobę, a inna czytelniczka opowiada, że „Obrazki z Imperium” pozwoliły jej poradzić sobie z depresją, mam być dumny czy uznać to za sukces? Jak definiujesz sukces i dumę?

No dobrze, domyślam się. „Sukcesem” jest dobra sprzedaż, a „dumą” napawa dobry tekst, czy tak? Jeśli przyjmiemy taką optykę, dumny jestem z „Obrazków z Imperium”. To naprawdę dobra powieść. I znowu zacytuję jednego z czytelników: „Po lekturze „Obrazków z Imperium” uważam Cię za coś w rodzaju geniusza”. Zabawne i znamienne, czyż nie? Chyba już nigdy nie pokuszę się o napisanie tak rozległej i rozbudowanej powieści s-f.

Zaś sukces finansowy przyniesie, mam nadzieję, „Orzeł Biały”, rzecz niezwykle dynamiczna, epicka, wzruszająca, a przy tym pełna humoru.

13709467_10205975435296003_1818300415_o

Jesteśmy tuż po premierze Orła Białego. Czy tylko ja widzę na okładce coś podobnego do Orła Zwycięskiego z Wielkiej Rzeczpospolitej? http://wielkapedia.wikia.com/wiki/Orzeł_Zwycięski

Rzeczywiście jest podobieństwo. Oba obrazy są dumne, agresywne, z obydwoma można się identyfikować (w przeciwieństwie do obecnego orła heraldycznego – estetycznego, ale przedstawionego ze zbyt małym rozmachem. Zresztą w heraldyce nie ma „zamaszystych” symboli). Jestem jednak pewien, że Łukasz Matuszek nie wzorował się na Orle Zwycięskim. Pracował (konsultując się ze mną) nad wizerunkiem Stalowego Orła wiele, wiele miesięcy i zaczynał od zupełnie innej koncepcji, niemającej z tą powyżej nic wspólnego. Wszystkie etapy pośrednie są w archiwach jego i moich.

Czytaj dalej

Zona, mutanty, anomalie, wojsko, seks, laboratoria…czyli Na skraju strefy i pytań parę do Krzysztofa Haladyna

I znowu na pokładzie czai się…nie, nie zło ale Fabryczna Zona 🙂 Wiadomo, trzeba popierać młode talenty, szczególnie jeśli są polskie! Zadałem kilka pytań Krzysztofowi Haladynowi.

13010224_1061001150628177_624085985_o

Źródło: http://fabrykaslow.com.pl/krzysztof-haladyn-nowy-autor-w-fabrycznej-zonie

Strefa rządzi, Strefa radzi, Strefa nigdy cię nie zdradzi. Jak to się stało, że wyszło jak wyszło?

Oczywiście przypadkiem 😉 Miałem pomysł na książkę w tym uniwersum, byłem w trakcie pisania wstępu. Fabryka Słów ogłosiła konkurs, wysłałem tekst z zaznaczeniem, że to część (znacznie) większej całości. Potem było trochę czekania, wielka radość i dużo pracy i długo oczekiwana premiera.

Czytaj dalej

Złe książki dobrze podane – kilka pytań do Michała Gołkowskiego

Przy okazji premiery nowej książki Michała Gołkowskiego „Moskal”, w KMF-ie dojrzała myśl, aby zapytać autora o parę kwestii. Autor przystał na propozycję i mamy efekt, jak poniżej. Zapraszamy do lektury (także i „Moskala”!)

MG
Źródło: http://fabrykaslow.com.pl/autorzy/michal-golkowski/

Golkowski_TV01

Gdyby miał Pan zachęcić do lektury Moskala, ewentualnie, zniechęcić żeby i tak czytelnicy sięgnęli z przekory 😉

Zła książka, zła do szpiku kości. Autentycznie odetchnąłem z ulgą, gdy postawiłem ostatnią kropkę – tak bardzo zryło mi beret jej pisanie. Artur Wiktorowicz wgryzł mi się w duszę i chyba na zawsze w niej już zostanie.

Kierunek Wschód, tam musi być jakaś cywilizacja? Blaski i cienie rosyjskiej duszy.

Mój stosunek ze Wschodem to czyste wahadło miłość-nienawiść, czyli w zasadzie patologia. Nie potrafię bez tej wschodniej części mojej duszy żyć, a z nią żyć się po prostu nie da. Połowa mego serca jest rosyjskojęzyczna, i przyjmuję ruskość z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.

Znajomy czytając Szczura stwierdził, że brakuje w Pana twórczości dobrej powieści szpiegowskiej, co Pan na to? Czy w planach jest eksplorowanie innych podgatunków?

Jedno słowo: „Konigsberg”, czyli trzeci tom Stalowych Szczurów. Nie mam zamiaru się ograniczać, lubię eksperymenty – z narracją i nie tylko.

Gdybym nie pisał książek to…Proszę wymienić 5 zajęć, którymi można się zająć, bez szkody dla inteligencji (i zdrowia).

Tłumacz ustny, co i tak już robię; tłumacz pisemny, co i tak już robię; pracownik fizyczny ogrodowy, co bardzo lubię; ruski bandyta, o czym marzę od małego; Cesarz Świata, do czego dążę.

Czytałem ostatnio Lichwiarza Noczkina i przyznam, że świat przedstawiony był plastyczny, jak i kreacja bohatera. Nie wiem na ile to zasługa tłumacza ale wciągnęło.

„Lichwiarz” to bardzo ciekawy przypadek, gdzie w zasadzie trywialna historia staje się majstersztykiem przez narrację autora i postaci bohaterów. Ja wyłącznie starałem się nie zgubić oryginalnego, lekko nostalgicznego i lirycznego klimatu tej przeuroczej opowieści.

Jak ocenia Pan fantastyczny światek w Polsce? Silny autorami, czytelnikami czy jednak tak sobie?

Nie jest prawdą, że mało czytamy. Czyta może i niewielu, ale namiętnie i z pasją, wręcz nałogowo. Nie chcę pisać dla wszystkich, nie chcę robić literatury jak kiełbasy w sklepie i modlić się, żeby ktoś ją kupił – to towar luksusowy 😉 Moim zdaniem literatura w Polsce ma się świetnie i zrobię wszystko, żeby nie zaniżać jej poziomu.

Dziękujemy za czas poświęcony i pozdrawiamy życząc kolejnych udanych książek!

Dla chętnych:

XVIII spotkanie KMF Sagitta – relacja

12644803_1731513303726746_5267167714773976355_n

– Aha! – blondynka otaksowała go wzrokiem. – Geralt. Wiedźmin, na punkcie którego oszalała Yennefer? Obserwowałam cię i zachodziłam w głowę, kim też możesz być. Strasznie mnie to męczyło!
– Znam ten rodzaj męki – odrzekł, uśmiechając się grzecznie. – Właśnie w tej chwili jej doznaję.
– Przepraszam za gafę. Jestem Keira Metz. O, kawior!
– Uważaj, to iluzja.
– Do diabła, masz rację! – czarodziejka puściła łyżkę, jakby był to ogon czarnego skorpiona. – Kto był tak bezczelny… Ty? Umiesz tworzyć iluzje czwartego stopnia? Ty?
– Ja – zełgał, nie przestając się uśmiechać. – Jestem mistrzem magii, udaję wiedźmina, by zachować incognito. Czy sądzisz, że Yennefer interesowałaby się zwykłym wiedźminem?

Andrzej Sapkowski „Czas Pogardy”

Saga o Wiedźminie to niemal lektura obowiązkowa każdego fana fantastyki w Polsce, było więc kwestią czasu aż losy Geralta z Rivii staną się tematem jednego z naszych piątkowych spotkań. Czytaj dalej

Miniwywiad z Jackiem Piekarą

Nie trzeba wyjaśniać kim jest Jacek Piekara 🙂 Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości kto ów zacz napiszę krótko, że jest to pisarz, człowiek renesansu i już klasyk polskiej fantastyki:

http://fabrykaslow.com.pl/autor/jacek-piekara

Odwiedził także Sieradz spotykając się z czytelnikami i fanami:

http://pbp.sieradz.pl/rel-563.html

pk

Czas na kilka pytań – wierzę, że Arivald wróci!

– Zacznę od czegoś banalnego a jednocześnie trudnego…Czym jest dla Pana fantastyka, z czym się kojarzy i dlaczego akurat fantastyka a nie kryminały retro czy romanse z małym dworkiem w tle?

JP: Sądzę, że to wpływ lektur z dzieciństwa, czyli najpierw Stanisława Lema i zapomnianego dzisiaj Konrada Fiałkowskiego (dopiero potem przyszedł czas na znakomite amerykańskie zbiory „Rakietowe szlaki” i „Kroki w nieznane”, powieści Strugackich oraz Bułyczowa), jak również wielu książek klasyki grozy czy wreszcie południowoamerykańskiego realizmu magicznego. W dodatku dobraliśmy się w szkole w grupę osób bardzo zainteresowanych fantastyką i jeszcze w latach stanu wojennego chodziliśmy na spotkania klubu miłośników fantastyki, które odbywały się raz w tygodniu w centrum Warszawy i spotykaliśmy się z gronem podobnych pasjonatów w tym ludzi wiele, wiele starszych od nas.
Z drugiej strony fantastyka była ucieczką od przaśnego, topornego świata upadającej komuny. Była podróżą do lepszych, ciekawszych miejsc budowanych w wyobraźni, której to wyobraźni można było zupełnie swobodnie puścić wodze. Mieliśmy ochotę pisać i czytać o „cudownościach”, a nie babrać się w siermiężnej rzeczywistości. Na rynku kryminałów panował wtedy tzw. „kryminał milicyjny”, w którym zazwyczaj dzielny oficer milicji zwalczał amerykańskich szpiegów lub spekulantów handlujących dżinsami, a romansów chyba w ogóle nie było. Moda na romans zarówno sentymentalny jak i erotyczny czy wręcz pornograficzny, zaczęła się jakoś po 1989 roku. Ale z tego co pamiętam kompletnie nie interesowało mnie to zarówno z punktu widzenia twórcy jak i czytelnika.

– Przyznam, że dawno, ale nie tak bardzo dawno temu zaczytywałem się w Fantasy (Click). Jak Pan wspomina tworzenie tego zacnego czasopisma i…dlaczego wyszło jak wyszło, że już nie wychodzi? 🙂

JP: Mogę z dumą powiedzieć, że jako pierwszy w Polsce stworzyłem w pełni profesjonalne pismo poświęcone fantastyce. Kolorowe, ładnie wydawane, bogate w treści publicystyczne. To nie była taka chała jak „Fantastyka”, czy potem „Nowa Fantastyka”, w której cały zamysł polegał na tym, aby zapchać numer polskimi lub zagranicznymi opowiadaniami. „Fantasy” było w pełni przemyślanym konceptem i ta solidność nam się opłaciła. Wydawaliśmy około stu tysięcy egzemplarzy z czego sprzedaż przekraczała sześćdziesiąt procent przy bilansowaniu się tytułu na poziomie poniżej czterdziestu procent. Niestety mieliśmy potężnego, niemieckiego wydawcę. Mówię „niestety”, gdyż potężny wydawca jest nastawiony na potężne interesy i wielkie pieniądze. Zarobek na czysto rzędu dwudziestu, trzydziestu tysięcy złotych miesięcznie nikogo tam nie interesował i postawiono nam karkołomny warunek zarabiania grubo ponad pół miliona złotych rocznie (mówię tu już o sumach netto, czyli zysk po odliczeniu wszelkich kosztów), czego nie byliśmy w stanie osiągnąć na tym dość jednak wąskim rynku. Z rozbawieniem natomiast obserwuję jak od kilku lat obecna „Nowa Fantastyka” pełnymi garściami czerpie z moich koncepcji i doświadczeń, nawet jeden do jednego powielając tematy, którymi zajmowaliśmy się w „Fantasy,”

– Będąc przy starociach nie mogę NIE zapytać o Smoki Haldoru i opowiadania z…Młodego Technika: http://pbp.sieradz.pl/kmf/2015/06/26/mlody-technik-i-fantastyka/ 

Jak Pan ocenia po latach swoje pierwsze produkcje? 

JP: Jak to po latach: oczywiście krytycznie. Na ogół panuje zgoda co do tego, że pisarz jest jak wino i jego twórczość nabiera smaku z wiekiem. No więc w czasach, o które Pan pyta ja byłem bardzo młodym winem 🙂

– Jak powstawał Arivald – czy to był z góry założony zbiór przygód tego bohatera, czy rozwinął się przypadkowo? 

JP: Przygoda z czarodziejem Arivaldem zaczęła się bardzo dawno temu, ale kiedyś ten bohater rzeczywiście był dla mnie pierwszoplanową postacią. Opowiadania o czarodzieju – samouku zostały bardzo, bardzo ciepło przyjęte przez czytelników i to na pewno mnie zainspirowało do dalszej pracy. Która to praca, jak przypomnę, zakończyła się potężnym ponad 600 stronicowym zbiorem obecnym na rynku już w bodajże czwartym wydaniu.

– Czy w związku z nabraniem pod koniec książki tonu nieco bardziej poważniejszego i uporządkowanego nie przewiduje Pan kontynuacji powieści fantasy w świecie Arivalda?

JP: Mam tyle pracy nad innymi projektami, zresztą nie tylko związanymi z szeroko rozumianą fantastyką, że do tych historii raczej nie wrócę. Chociaż mam kilka rozpoczętych tekstów z Arivaldem w roli głównej.

– Z pewnością czekał Pan na pytanie dotyczące Inkwizytora 🙂 I takie padnie ale…Znalazł się pan w ekskluzywnym gronie:
http://rebelya.pl/post/8643/14-ksiazek-theological-fiction-ktore-warto-prze
Co Pan na to? Wiadomo, religia i polityka to śliskie tematy. Popatrzmy w kontekście fantastyki: po apokalipsie będzie renesans religii w stylu przedstawionym w Kantyczce dla Leibowitza czy nastąpi chaos?

JP: Mam duży dystans do internetowych recenzji, klasyfikacji, wyborów jakiegoś top 10 czy top 100. I to zarówno jako czytelnik jak i jako autor, którego książki są czasami tematem podobnych podsumowań. Bo jeżeli czytam artykuł o kinematografii, po którym widzę, że autor nie obejrzał nawet połowy tego repertuaru co ja, a tę połowę, którą obejrzał to nie zrozumiał, to jakim jest on dla mnie partnerem do dyskusji? Jeżeli czytam w jakiejś recenzji, że Tolkien jest niezły, ale strasznie dużo zapożyczył od Paoliniego (przypomnę, że Paolini urodził się kilkadziesiąt lat po śmierci Tolkiena), to o czym mam dyskutować z takim niedoukiem?
A co będzie po Apokalipsie z tymi ludźmi którzy przeżyją? Cóż, jak trwoga to do Boga, więc wyobrażam sobie, że wszelkie ruchy mistyczno- religijne tylko się wzmocnią. Co oczywiście nie wyklucza totalnego chaosu, bo to sprawy kompletnie niezależne.

– Jak wygląda odbiór Pana książek za granicą (przekłady, nakłady, spotkania)? Czy ma Pan wiedzę na ten temat?

JP: Moje książki zostały ciepło przyjęte w Rosji i na Ukrainie, a na przykład opowiadanie „Planeta Masek” bardzo spodobało się we Włoszech. Były wstępne plany i rozmowy na temat niemieckiego wydania przygód inkwizytora, ale sprawa rozbiła się o to, że Niemcy chcieli powieści, a nie zbiorów opowiadań, a przecież książki o inkwizytorze to głównie opowiadania. Generalnie wydania zagraniczne to jest taki aspekt mojej działalności, który wymagałby po prostu dobrego, aktywnego agenta, bo bez tego niewiele da się zrobić. I na razie jestem  zupełnie nieusatysfakcjonowany tym, co się dzieje.

– W swoich książkach sporo Pan pisze o ułomnościach ludzkiej natury. W związku z tym musi paść pytanie – co sądzi Pan o Polakach jako społeczeństwie – największe wady i zalety?

JP: Jestem przeciwny generalizowaniu i myśleniu o narodzie jako o jednolitej całości rządzonej zbiorem konkretnych cech. Przecież są Polacy mądrzy i głupi, Polacy dobrzy i podli, Polacy uczciwi i oszuści. Jednak z uwagi na życie w systemie komunistycznym, a więc w cywilizacji wiecznego niedoboru towarów i usług, musieliśmy wykształcić w sobie pewne cechy ułatwiające przetrwanie. Więc na pewno jesteśmy zaradni i przedsiębiorczy. To zresztą widać kiedy się obserwuje wskaźniki gospodarcze, pokazujące, że główny dochód państwa płynie z podatków z małych i średnich przedsiębiorstw. Nie jesteśmy również podatni na różne ideologiczne szaleństwa płynące z Zachodu, które określiłbym zbiorczą sygnaturą „porąbane lewactwo” :).   Teraz dużo się mówi o tzw. Polakach – cebulakach (ich królem Jarosław Kuźniar!), ale to przecież zjawisko charakterystyczne dla każdego kraju. Kto oglądał amerykańskie programy Jerry’ego Springera ten wie, że najgorszy nawet Polak – cebulak mógłby przy gościach odwiedzających Springera uchodzić za pełnego ogłady dżentelmena! 🙂

– Najtrudniejsze pytanie jakie Panu zadano to….a najgłupsze….

JP: Podobno nie ma głupich pytań tylko są głupie odpowiedzi. A jakiegoś szczególnie trudnego pytania nie przypominam sobie z wywiadów czy ze spotkań. W życiu prywatnym może było to pytanie które brzmiało: „dlaczego mnie nie kochasz, skoro ja Cię kocham tak bardzo?”. I jak tu poprawnie odpowiedzieć?

*****

I tym optymistycznym akcentem zakończono odpytywanie pana Jacka. Dziękujemy za poświęcony czas i życzymy kolejnych udanych pozycji a także pana z walizką wypchaną odpowiednimi środkami płatniczymi, które przełożą się na dobry film z uniwersum Jacka Piekary 🙂 Zapraszamy do lektury:

lubimyczytac.pl/ksiazka/217380/ja-inkwizytor-kosciany-galeon

Trzeci najazd Marsjan

or

Fantastyka socjologiczna była kiedyś bardzo popularna. Ktoś powie – tak, była popularna bo nic innego nie było lub nie byliśmy w temacie zagranicznej fantastyki. Ktoś inny doda – była odbiciem czasów minionych i parawanem do politycznych aluzji i wycieczek. Złośliwcy stwierdzą, że wypaliła się po 1989 roku a obecnie nikt już tak nie pisze, czy wręcz czytelnicy nie mają ochoty „męczyć” się trudniejszymi kwestiami, skoro mogą łykać przyjemne czytadła a nie jakieś tam klasyczne, hard scifi 😉 Wszystkie stwierdzenia będą prawdziwe, stąd z pewną nieśmiałością sięgnąłem po książkę Marka Oramusa (jeden z wielkich zapomnianych!) pod tytułem Trzeci najazd Marsjan.

Początek jest dobry. Przyszłość. Rok 2032, coś blokuje nam fale radiowe i telewizyjne – kablówka i internet śmigają. Niebywała tragedia! Pojawiają się dziwne obiekty, nawiązany został KONTAKT (pan Tangel Ulosque, reprezentujący Ligę Pięciu występuje w TV zakłócając inne przekazy). Obcy są tak mili, że chcą spełniać nasze…zachcianki; ludzie wysyłają życzenia swoistą pocztą i otrzymują różne cuda (praktyczne). Ale, ale…po co naszym przemiłym gościom hm…materiał genetyczny. No i dlaczego Obcy nie rozwiązują innych, ważnych dla ludzkości problemów? Podobne pytania zadają sobie bohaterowie (przynajmniej niektórzy) Trzeciego najazdu Marsjan. I tu pojawiają się pierwsze wady książki – zbyt naiwne podejście, dłużyzny w środku i w zasadzie brak akcji. Zakończenie jest słabe (jeśli w ogóle tak można nazwać to COŚ).

http://katedra.nast.pl/artykul/5428/Oramus-Marek-Trzeci-najazd-Marsjan/

Co zatem przemawia za książką? Początek i rozwinięcie za środkiem, gdzie robi się duszno, mroczno i w ogóle straszno. Z pewnością wtręty socjologiczne czy nawet BWP (bardzo ważne pytania) o stan ludzkości i takie tam drobiażdżki. Temat dość oklepany, wykonanie całkiem zacne, chociaż moim zdaniem przegadane. W innej wersji, skróconej do publicystyki albo…rozszerzonej o wątki poboczne byłaby to bardzo dobra pozycja. A tak jest co najwyżej dobra. Pomysł był, styl jest, czego zabrakło? Konsekwencji i jednak szczegółów. Czuć w wielu miejscach „łebkowość” narracji. Czytać? Czytać! W zasadzie da się podciągnąć Trzeci najazd Marsjan pod postapokalipsę. A głupio nie przeczytać chociaż jednej książki z trącącej dziś myszką fantastyki socjologicznej…

http://slavosky.blogspot.com/2011/01/marek-oramus-trzeci-najazd-marsjan.html

„Nikt nie przewidział, że przylecą do nas na balonach.”

http://paradoks.net.pl/read/25196

„Pech w tym, że w przypływie wolnościowej euforii czytelnicy jakby zapomnieli o swoich dotychczasowych dostawcach futurystycznych marzeń i koszmarów. Miast tego zagłosowali portfelem na przedruki anglosaskiej fantastyki (nie zawsze zresztą wartych polskiej edycji), dostępnych dotąd w niewielkim wyborze, bądź też w postaci klubowych przekładów. Zalew tego typu produkcji do spółki z przekonaniem nowych rynkowych graczy, że czas polskiej fantastyki przeminął, sprawiły iż środowisko dotąd aktywnych twórców uległo przetrzebieniu w niemal tym samym stopniu co bataliony nieszczęsnych Kościuszkowców pod Lenino. Świadectwem chwały dawnych mistrzów zdawały się co najwyżej piętrzące się w antykwarycznych kątach sterty ich niegdyś rozchwytywanych publikacji.”