Archiwa tagu: złodziej

Meekhan Wegnera

Dawno, dawno temu w krainie fantastyki buszowały stwory mnogości z karłami przesytu. Obok nich krążyły czarodziejki-czytadła i wróże (nie, nie Macieje) kopiści. Rozumiecie zatem, że ciężko w takich warunkach znaleźć coś, co rzuca na kolana, miażdży, wstrząsa, miesza i w ogóle powoduje szokujące doznania na pograniczu szczęścia, jedzenia słodyczy, orgazmu itd.

Sceptycznie będąc nastawiony do wszelkich polecanek, nie spodziewałem się specjalnych delicji ale…parę lat temu sięgnąłem (z polecenia i 90% takich polecanek źle się kończy, książki okazują się być dość denne). Sięgnąłem, zaskoczony krainą i językiem i…zaczekałem. Długo bo jakoś w międzyczasie nie mogłem dorwać kolejnych tomów. Aż stał się cud i nastała światłość. Przeczytałem w jednym rzucie wszystkie cztery.

Czytaj dalej

33. spotkanie KMF Sagitta – relacja

Gdy słyszymy hasło fantastyka, często przed oczami staje nam Bohater. Celowo z dużej litery, jest to bowiem wyobrażenie postaci szlachetnej, prawej, nieskalanej wręcz. To oczywiście stereotyp, dziś w literaturze czy filmie występujący rzadko lub wręcz wcale. Od początku gatunku pojawiał się jednak też odmienny typ protagonisty, o diametralnie innych cechach, wywodzący się często z nizin społecznych, powiązany z półświatkiem, często działający z pobudek egoistycznych. A przy okazji czyniącym nieco dobra w trakcie swoich przygód (ale niekoniecznie!). Tego typu bohaterowie to nieodłączna cecha fantastyki łotrzykowskiej, o której to rozmawialiśmy na ostatnim spotkaniu.

Czytaj dalej

Nocny Anioł

Parę lat temu sięgnąłem po pierwszą część cyklu. Było ciekawie ale jakoś pan Weeks zniknął z pola mego widzenia. Później zapomniałem o CIeniu, od czasu do czasu czytając rozmaite recenzje. Opinie były skrajne. Od miłości do nienawiści. Większość pozytywna chociaż trafiały się mocno krytyczne. Nie sądzę, żeby Nocnego Anioła można było nazwać literaturą młodzieżową ale w sumie sposób przedstawienia pewnych sytuacji, ludzi, wątków zdaje się na to wskazywać – light fantasy z mrocznym przesłaniem.

w

Najbardziej ubawiły mnie opinie (quasirecenzje) o szowinistycznym przekazie książek (kochana przyjaciółko internetowa! co zrobić, jak żyć?) pisane przez domorosłe feministki. Recenzjami oczywiście można się jedynie posiłkować nie biorąc ich specjalnie pod uwagę ponieważ: ludzie czytają po łebkach, nie czytają lub udają, że czytali itd. Stwierdziłem, że jeśli jest tak a nie inaczej, muszę przeczytać całość 🙂 No i przeczytałem.

http://nightmareandbooks.blogspot.com/2012/08/droga-cienia-brent-weeks.html

http://www.kawerna.pl/recenzje/ksiazka/item/9745-brent-weeks-nocny-aniol-droga-cienia.html

http://ruczek.blogspot.com/2015/04/droga-cienia-brent-weeks.html

Bez zbędników i powtarzania ogólników z innych recenzji napiszę, że cykl jest nierówny. O ile Droga Cienia jest naprawdę niezłym czytadłem (i tak w zasadzie należy odbierać całość Nocnego Anioła, bez wchodzenia w filozoficzne debaty), o tyle druga część, Na krawędzi Cienia, jest już sporo gorsza. Na szczęście zakończenie, Poza Cieniem, pomimo, że nie jest odkrywcze i rewelacyjne, sensownie rozplątuje wiele wątków i bez specjalnych „pigułek szczęścia” da się przełknąć.

To, co jest atutem cyklu jest jednocześnie jego przekleństwem – akcja. Ekszyn, ekszyn, goła baba, jak mawiał klasyk, w ilościach przyprawowych bez przegięć (no, może w Poza Cieniem, mamy więcej pieprzu), aż można się pogubić. Znajomi mówią, że jedynka jest nudna bo mało ekszyn a dwójka jest najlepszą częścią! Cóż, każdy ma swoje zdanie.

Pomimo widocznego rozwoju kunsztu pisarskiego u autora (trójka wydaje się być najbardziej złożona) uznaję Drogę Cienia jako najlepszą część z uwagi na rozkręcającą się akcję (dobrze pokazana relacja mistrz-uczeń), która pod koniec książki staje się mocno chaotyczna i występują pewne logiczne braki, co zresztą charakteryzuje całość cyklu: akcja goni akcję, aż do zagubienia, czasami hamując w dość dziwnych momentach. Spełniona formuła od zera do bohatera, mamy mafię, padają sentencje „życiowe”, czego chcieć więcej? Daję całości 4- na 6 jako dobremu czytadłu na wieczory, letnie i jesienne, chociaż…spodziewałem się więcej. Brać? Brać ale bez napinki.

Stalowy Szczur czeka na Ciebie

Wśród rozmaitych czytadeł, zalegających na półkach i w głowach, przypomnę cykl o Stalowym Szczurze Harry’ego Harrisona.

s

http://www.sedenko.pl/2011/01/28/harry-harrison-1997/

„Drugą serią, którą wszedł do panteonu gwiazd polskiego sfana, była seria o Stalowym Szczurze, Jamesie Bolivarze di Grizie, galaktycznym złodzieju i włamywaczu, złapanym i przeciągniętym na stronę prawa. Od tej chwili di Griz łapie podobnych mu prze­stępców i zbawia galaktykę mniej więcej raz na rok, ale skłonności do przywłaszczania sobie pewnych sum pieniędzy, gadżetów czy działań niekoniecznie zgodnych z prawem, pozostały mu nadal. Stąd Bolivar jest agentem specjalnym wciąż przyprawiającym swoich szefów o ból zębów. A przygód przeżywa di Griz co niemiara. Podróżuje w czasie, rozwiązuje kon­flikty międzyplanetarne, robi karierę jako prezydent, jest muzykiem rockowym, szpieguje w najbardziej trudnych dla szpiega miejscach, itd. Wszystko to podane zostało w dość wybuchowej mieszance absurdu, satyry i – niekiedy – refleksji ciut poważ­niejszej. Z chwilą, gdy postać di Griza nieco się ogra­ła, HH wprowadził Angelikę, piękną choć niezwykle niebezpieczną kobietę. W jednym z tomów jest prze­ciwniczką di Griza, zostaje schwytana i przekabacona na rzecz pracodawców Bolivara. Instynkty mordercze (Angelika jest jednym z najlepszych płatnych zabój­ców galaktyki), mają być w wyniku zabiegu chirurgicznego stępione, ale jak przyszłość pokaże – nie do końca. Di Griz i Angelika, a następnie ich dzieci, dwóch chłopców bliźniaków, stają się najbardziej nie­bezpiecznym combem w dziejach poznanego wszechświata.”

Przygody „nieprzystosowanego społecznie” tudzież wyznającego alternatywny styl życia Jima DiGriza są bardzo przyjemne w odbiorze ponieważ nie aspirują do miana wysokiej literatury, co nie znaczy, że napisane są byle jak i na odwal się.

To kawał dobrego czytadła, napisanego prostym językiem, z wieloma aluzjami do historii, filozofii czy religii (którą zresztą autor cyklu niespecjalnie lubi, co daje się odczuć) a także do…klasyki fantastyki światowej. Na szczęście aluzje te nie wymagają specjalnych przygotowań encyklopedycznych więc Stalowy Szczur jest nie tylko dla erudytów fantastyki 😉 Widać, że autor miał dużą frajdę z pisania książek o Jimie.

http://www.superfikcja.pl/?p=157

Wartka akcja, humor i postacie głównych bohaterów, wszystko to sprawia, że wracam po raz n-ty do Stalowego Szczura i nigdy nie mam dosyć! Można także dowiedzieć się, że istnieje sztuczny język – esperanto i nawet jest w przyszłości używany.

Jak na cykl pisany w szerokim przedziale czasu, Stalowy Szczur nie zestarzał się specjalnie. Może dlatego, że autor poza paroma gadżetami i nazwami w sumie zrezygnował z atrybutów zaawansowanej technicznie przyszłości, co wyszło na dobre. Wiadomo, ciężko jest być futurologiem a gdybanie nikomu (poza drobnymi wyjątkami) nie wyszło na dobre – statki na płozach, nity i tym podobne miszmasze po latach setnie bawią ale często i nudzą. Nawet więcej, wyciągając przyszłościowe smaczki otrzymujemy dobrze nam znany świat amerykańskiej popkultury.

Oczywiście, są pewne minusy, które nie zasłaniają wielorakich plusów…I tak, wypady w stronę religii czasami są na dość niskim poziomie (jak na autora) i stanowią słabą stronę cyklu, podobnie jak nierówny poziom kolejnych części, w sumie związanych ze sobą ale nie aż tak ściśle (wychodzi, że powinniśmy czytać wg oryginalnych dat wydania).

Minusem są także pewne powtórzenia i jednak zbyt proste rozwiązania (szanuję brzytwę Ockhama ale po latach pomysły Jima są trochę mniej przekonujące). Moje ulubione pozycje z cyklu to z pewnością Narodziny Stalowego Szczura, Stalowy Szczur, Stalowy Szczur idzie do wojska, Stalowy Szczur śpiewa bluesa i Stalowy Szczur prezydentem. Niemniej, czytając w całości łyka się wszystko 🙂

Idealna lektura, nie tylko na wakacje. Aha, wikipedyczna ciekawostka występuje w Zemście Stalowego Szczura w scenie z celnikami.